"Słowacja to jedyny kraj, w którym, gdy mówisz po czesku, nie tylko cię rozumieją, ale na dodatek uważają za przedstawiciela bogatego Zachodu", opowiadałem dla żartu w praskich piwiarniach, kiedy sam żyłem w Bratysławie. Przez te dwa i pół roku, od kiedy jestem z powrotem w Czechach, wiele się na Słowacji zmieniło. Jeśli nie wszystko.
Słowacja zakończyła ubiegły rok prawie dziesięcioprocentowym wzrostem gospodarczym, pensje pod koniec roku po raz pierwszy przekroczyły granicę 20 tys. koron [blisko 2,3 tys. zł], a kurs słowackiej waluty rośnie z tygodnia z tydzień.
Korona koronie równa Minęły już także czasy, kiedy obowiązywała reguła: "Jeśli chcesz coś osiągnąć na Słowacji, to musisz wyjechać na Zachód lub przynajmniej do Pragi". Kurs korony czeskiej i słowackiej wynosił w momencie "aksamitnego" podziału Czechosłowacji 1:1. Przed kilkoma laty za czeską koronę płacono w granicach 1,30-1,40 korony słowackiej. Teraz, nie zważając na to, że także kurs czeskiej waluty umacnia się wobec euro i dolara, można za nią uzyskać niespełna 1,20 korony słowackiej. I jestem przekonany, że nim Słowacja przejdzie na euro, do czego najprawdopodobniej faktycznie dojdzie 1 stycznia 2009 r., to wzajemny kurs obu walut będzie znów taki sam jak wiosną 1993 r.
A ponieważ pod wieloma innymi względami - spadającego bezrobocia i inflacji, bilansu handlu zagranicznego, zadłużenia kraju, napływu inwestycji zagranicznych - Słowacja dogania milowymi krokami
Czechy, może to mieć nieobliczalne dla nas skutki. Czeskie apteki, szpitale, supermarkety, fabryki, teatry i studia filmowe mogą mieć wkrótce bardzo duże problemy ze znalezieniem pracowników. Wszędzie tam, na każdym kroku spotyka się Słowaków, którzy skuszeni wyższymi pensjami przyjechali pracować do Czech. Dzięki umowom dwustronnym Słowacy już od lat 90. nie potrzebują żadnych pozwoleń na pracę. Szacunki są różne - według najbardziej ostrożnych w Czechach żyje i pracuje co najmniej 200 tys. Słowaków.
Tylko że Czechy, gdzie dziś średnia pensja również wynosi ok. 20 tys. koron, tyle że czeskich [ok. 2750 zł], przestają być pod tym względem atrakcyjnym krajem dla Słowaków. - Naturalnie, zdajemy sobie z tego sprawę. Niestety, faktycznie tak jest - usłyszałem w brneńskiej filii pewnej dużej międzynarodowej agencji personalnej, kiedy spytałem, czy nie mają problemów z naborem Słowaków do pracy w Czechach. Można ująć to bardziej zdecydowanie: - Różnice w pensjach między Czechami i Słowacją są już dziś praktycznie niezauważalne. Ponadto na Słowacji jest już tyle ofert pracy, że pracodawcy prześcigają się nawzajem.
Bratysławo-Wiedeń Na razie jedyny wyjątek stanowią menedżerowie średniego i wyższego szczebla. - Dla nich Praga ciągle ma bardziej interesujące oferty. Głównie dlatego, że filie wielkich międzynarodowych korporacji ciągle jeszcze mają swoje siedziby w stolicy Czech i nie przeprowadzają się na Słowację.
Ponadmilionowa Praga, która w minionych latach stała się siedzibą kilkudziesięciu regionalnych filii światowych koncernów, to faktycznie trochę inna bajka niż lekko drobnomieszczańska Bratysława, która liczbę pół miliona mieszkańców zawdzięcza tylko olbrzymim osiedlom na peryferiach miasta.
Gdyby jednak - po 15 latach czczej gadaniny - udało się połączyć Bratysławę z oddalonym zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów Wiedniem, to zniknie też i ta czeska przewaga. Za rok zostanie w końcu oddana autostrada z Wiednia do Bratysławy (budowa ugrzęzła z winy Austriaków, słowacki odcinek jest gotowy od pięciu lat), a między stolicą Słowacji i Austrii zacznie też jeździć - tak jak między I a II wojną światową - szybki tramwaj. Już dziś Słowacy budują
domy w austriackich wsiach położonych w pobliżu Bratysławy, bo tam działki budowlane są tańsze.
Jeśli z Wiednia i Bratysławy powstanie "dwójmiasto", siła ekonomiczna austriackiej metropolii będzie oznaczać geometryczny wzrost dla stolicy Słowacji. Kilkadziesiąt projektów zamkniętych osiedli i wyrastające jak grzyby po deszczu wieżowce świadczą o tym, że przynajmniej deweloperzy dostrzegli już tę szansę Bratysławy i są przekonani, że na projektach budowanych w stolicy Słowacji nie można stracić.
Słowaccy Węgrzy też skorzystają Słowacki cud ekonomiczny oznacza też być może istotne zabezpieczenie jedności terytorialnej tego najmłodszego i najmniejszego państwa wyszehradzkiego. Po raz pierwszy w historii najnowszej Słowacja ma szansę wyprzedzić pod względem rozwoju gospodarki nie tylko Czechy, ale przede wszystkim swojego odwiecznego rywala - sąsiednie
Węgry.
W południowej Słowacji do dziś żyje zwarta mniejszość węgierska, a Budapeszt w ostatniej dekadzie podjął wielki wysiłek, by ją zaktywizować i przygotować na "reintegrację narodową w najlepszym węgierskim mieście". Słowaccy Węgrzy, którzy jeżdżą do pracy do firm samochodowych na Węgrzech, zaczynają zauważać, że wyższe pensje mogliby otrzymywać w podobnych firmach na Słowacji. A bogacąca się Bratysława, którą do swoich kalendarzy zaczynają wpisywać też znane zespoły muzyczne, będzie wkrótce równie atrakcyjna jak Budapeszt ze swoją wyspą św. Małgorzaty.
O tym, jak zasadniczy wpływ na spójność państwa może mieć sukces ekonomiczny, świadczy przykład północnych Włoch. Tamtejsza mniejszość niemiecka (czy, ściślej biorąc, austriacka) przestała mówić o odłączeniu, kiedy poziomem życia zbliżyła się do Austriaków mieszkających po północnej stronie Alp.
Żeby słowaccy Węgrzy zaczęli naprawdę czuć "po słowacku", południowa Słowacja powinna także czerpać korzyści z cudu ekonomicznego ostatnich lat. Inwestycje zagraniczne trafiają przede wszystkim w rejon Doliny Wagu i okolice Bratysławy. Czyli w regiony, które mają nie tylko tradycje przemysłowe, ale także nowoczesną infrastrukturę.
Dzięki budowie zakładów Kia pod Żyliną północna Słowacja ma dziś połączenie autostradowe z Bratysławą, a przez Czechy, Austrię i Węgry z całą Europą. W następnych latach kilkadziesiąt miliardów koron pójdzie na dokończenie autostrady z Żyliny do Preszowa i Koszyc. Nie przypadkiem ta autostrada prowadzi przez górzystą, północną część Słowacji. Połączenie przez południe kraju można by wybudować nie tylko szybciej, ale i taniej. Ale północ jest czysto słowacka (jeśli nie liczyć miejscowych Romów), podczas gdy południe jest "węgierskie".
W rezultacie pokonanie stukilometrowej trasy z Bratysławy do Komarna - "stolicy" słowackich Węgrów - trwa dłużej niż jazda do położonej dwa razy dalej Żyliny. A jeśli Węgier z południowej Słowacji chce odwiedzić krewnych lub znajomych mieszkających na południe od Koszyc, największego miasta wschodniej Słowacji, zaoszczędzi czas i nerwy, jadąc po węgierskich autostradach przez Budapeszt. Jeśli jednak nadal trwać będzie ekonomiczny sukces Słowacji, która dziś dzięki trzem dużym zakładom samochodowym jest największym producentem aut na świecie w przeliczeniu na jednego mieszkańca - to przy rozsądnym rządzie w Bratysławie, z czasem także słowaccy Węgrzy zaczną czerpać z tego korzyści.
Reformy niezagrożone Fundament słowackiego cudu stanowią naturalnie liberalne reformy poprzedniego gabinetu Mikulasza Dzurindy (2002-06). Wydaje się jednak, że także obecny rząd socjalisty Roberta Fico zachowuje się rozsądniej, niż mógłby na to wskazywać skład koalicji. Gabinet, w którym oprócz socjaldemokratycznego ugrupowania premiera Smer (Kierunek) są także Ruch na rzecz Demokratycznej Słowacji byłego premiera Vladimira Mecziara i Słowacka Partia Narodowa skandalizującego nacjonalisty Jana Sloty, prowadzi pragmatyczną politykę gospodarczą.
Rząd podporządkował swoje decyzje jak najszybszemu przyjęciu euro (do 2009 r.), co nie pozwala mu wydawać więcej niż wynoszą przychody z podatków. Rekordowy wzrost gospodarczy spowodował zarazem, że rząd pozostawił podatek liniowy w wysokości 19 proc. Gabinet Fico nie wycofał się nawet z liberalnej reformy emerytalnej, której podstawę stanowią indywidualne konta oraz prywatne fundusze emerytalne.
Dla swoich lewicowych wyborców Fico wprowadził tylko kilka kosmetycznych zmian - obniżył ceny leków, zniósł opłaty za recepty u lekarza, likwidując ulgi, podwyższył podatki dla najlepiej zarabiających Słowaków, wstrzymał też sprzedaż majątku państwowego.
Przy wzroście rzędu 10 proc. Słowację stać na te zmiany. Zrozumiały to światowe koncerny, które planują tu już kolejne inwestycje warte miliardy koron. Z mało interesującej prowincji Słowacja staje się prawdziwym tygrysem Europy Środkowej.
Polacy, Węgrzy i Czesi powinni się przebudzić i wziąć się w garść. W przeciwnym razie słowacki pociąg ucieknie im bardzo daleko.
tłum. Tomasz Grabiński
*Lubosz Palata jest redaktorem czeskiego dziennika "Lidove Noviny", wcześniej był też wicenaczelnym słowackiego dziennika "Pravda"