- To niemoralne i niedopuszczalne, że organizacja, która tak rozpaczliwie zawiodła, gdy miała ratować Ruandę przed ludobójstwem, teraz oskarża nasze wojsko o rzekome ludobójstwo - stwierdził rzecznik ruandyjskiego rządu Ben Rutsinga.
Francuska gazeta "Le Monde" twierdzi, że już w lipcu prezydent Ruandy Paul Kagame zapowiedział sekretarzowi generalnemu ONZ Ban Ki-moonowi, że jeśli jego kraj zostanie oskarżony o zbrodnie ludobójstwa, rozkaże wycofać żołnierzy z misji pokojowych, w tym w Darfurze. Tamtejszą operacją Narodów Zjednoczonych, która pomogła położyć kres krwawym czystkom etnicznym, dowodzi ruandyjski oficer, a kilka tysięcy żołnierzy z Ruandy stanowi główną siłę wojsk pokojowych.
Oburzenie Ruandy wywołuje raport, jaki na wrześniową sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ przygotowuje Biuro Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka. Ujawnione przez "Le Monde" i "New York Times" fragmenty zarzucają ruandyjskim wojskom, które w latach 90. dwukrotnie najeżdżały
Kongo, że dopuściły się tam zbrodni na Hutu w odwecie za ludobójstwo, jakiego ci dokonali na Tutsich w samej Ruandzie w 1994 r.
16 lat temu w ciągu stu dni zbrojne bojówki, wspierane przez rządowe wojsko i władze zdominowane wtedy przez Hutu, wymordowały w Ruandzie prawie milion ludzi - głównie Tutsich, stanowiących kilkanaście procent ludności kraju. Wojska pokojowe ONZ, które miały pomóc przeprowadzić w Ruandzie wybory, które miały zażegnać wojnę między Hutu i Tutsi, nie interweniowały, by przerwać etniczne pogromy, a wkrótce zostały wycofane z kraju. Kres rzezi Tutsich położył dopiero zbrojny rajd ich rodaków z partyzantki mającej kryjówki w sąsiedniej Ugandzie. Dowodzeni przez Kagame łatwo pokonali armię rządową i zdobyli stolicę kraju Kigali.
Pokonane wojsko Hutu, a także ministrowie z obalonego rządu i miliony zwykłych mieszkańców w obawie przez zemstą Tutsich uciekło do sąsiedniego Konga-Kinszasy noszącego wtedy nazwę Zairu. Exodus Hutu nadzorowali żołnierze z Legii Cudzoziemskiej i francuscy spadochroniarze posłani przez Paryż do Ruandy. Hutu przez lata pozostawali bowiem wiernymi sojusznikami Francuzów, którzy zbroili i szkolili ruandyjskich żołnierzy.
Po kongijskiej stronie granicy przywódcy ruandyjskich Hutu - otoczeni opieką przez ówczesnego prezydenta Zairu Mobutu Sese Seko - stworzyli partyzancką armię, by siłą odbić Kigali.
W 1996 r. Ruanda, nie mogąc doprosić się od ONZ likwidacji obozowisk Hutu nad swoją granicą, wywołała w Kongu wojnę domową. Wspierana przez nią antyrządowa partyzantka pod wodzą Laurenta-Desire Kabilę rozbijała jeden po drugim obozy uchodźców Hutu i niemal bez walki zbliżała się do stolicy kraju Kinszasy. Wiosną 1997 r. partyzanci, wspomagani przez ruandyjskich żołnierzy, zajęli Kinszasę, a Kabila ogłosił się prezydentem.
W 1998 r. Ruanda znów posłała wojska do Konga, tym razem przeciwko Kabili, który okazał się niewdzięcznym dłużnikiem i jako prezydent nie tylko nie słuchał więcej rozkazów z Kigali, ale zaczął wspierać ruandyjskich Hutu, których wcześniej zwalczał.
Na pomoc Kabila wezwał wojska z Angoli,
Zimbabwe i Namibii. Ruandzie, która stworzyła nową kongijską partyzantkę, w sukurs przyszły Uganda i Burundi. Wkrótce do walk przyłączyły się jeszcze
Sudan,
Czad i Republika Środkowoafrykańska, a kongijska wojna domowa przerodziła się w największy konflikt współczesnej Afryki. Każdy z tuzina najeźdźców i prawie trzech tuzinów partyzanckich armii dopuszczał się w Kongu wszelkich możliwych zbrodni, a gdy wojna została w 2003 r. przerwana, ONZ oszacował, że mogło w niej zginąć nawet 4-5 mln ludzi.
Przygotowywany przez ONZ raport dotyczący tych właśnie zbrodni wylicza prawie pół tysiąca przypadków świadczących o tym, że ruandyjskie wojska i sprzymierzeni z nimi kongijscy partyzanci świadomie dokonywali mordów na cywilach, a ich celem była eksterminacja wszystkich ruandyjskich Hutu, którzy schronili się w Kongu. Raport ONZ nie oskarża Ruandy jako państwa, ale wzywa, by międzynarodowe trybunały karne znalazły i ukarały osoby będące winowajcami.
Ruanda nigdy nie zaprzeczała, że posłała wojska do Konga ani że tropiły i zwalczały one tam partyzantów Hutu, których komendanci dokonali ludobójstwa Tutsich. Ruandyjscy przywódcy zaprzeczają jednak, jakoby zamierzali mordować wszystkich Hutu, a na dowód swoich intencji przypominają, że kiedy posłali wojska do Konga, wezwali uchodźców do powrotu, a część z nich nawet przymusowo przesiedlili.
Zarzuty o zbrodnie wojenne byłyby szczególnie kłopotliwe dla obecnych przywódców Ruandy. Przedstawiają się oni światu jako ofiary ludobójstwa i groźbą powtórki strasznych zbrodni z 1994 r. tłumaczą autorytarne rządy, a także nieufność wobec demokratycznych swobód i opieszałość, z jaką wprowadzają je w kraju - uchodzącym w Afryce za jeden z najlepiej urządzonych, najbezpieczniejszych i najszybciej się rozwijających.
Rupert Colville z Biura Wysokiego Komisarza NZ. ds. Praw Człowieka podkreśla, że raport w sprawie kongijskich zbrodni nie jest jeszcze gotowy i że możliwe są jeszcze jego poprawki.