http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nie ma już Sasów w Karpatach

Dawid Smolorz*
2007-10-31, ostatnia aktualizacja 2007-10-30 20:06

Na naszych oczach znika jedna z bardziej wyrazistych wspólnot etnicznych Europy Środkowej - Sasi siedmiogrodzcy. Końca dobiega 800-letnia historia niemieckiego osadnictwa w Karpatach

Do początku lat 90. XX wieku Siedmiogród, zwany z łacińska Transylwanią, pozostawał obok Banatu ostatnim regionem w tej części kontynentu zamieszkanym w sposób zwarty przez ludność niemiecką. Jednak po upadku komunizmu zdecydowana większość Niemców opuściła swe strony rodzinne. Spokojne życie w RFN miało zrekompensować im lata spędzone w niedostatku, pod władzą dyktatora paranoika Nicolae Ceau escu.

Na obszarach zamieszkanych do niedawna przez potomków pionierów znad Renu pozostali już tylko "ostatni Mohikanie". A także dawne saskie miasta i wsie, urzekające swą wyjątkową estetyką i harmonią.

Pionierzy Europy

W połowie XII stulecia, odpowiadając na zaproszenie króla Gezy II, kilka tysięcy osadników z Nadrenii oraz terenów dzisiejszego Luksemburga, Belgii i Holandii ruszyło na południowy wschód, by na słabo zaludnionych obrzeżach ówczesnych Węgier zbudować sobie drugą ojczyznę. W krótkim czasie "węgierski daleki wschód" stał się jedną z najbogatszych ziem królestwa, a siedmiogrodzcy Niemcy aż do połowy XIX w. funkcjonowali jako wspólnota autonomiczna, rządząca się według "prademokratycznych" reguł.

W okresie szalejących nacjonalizmów końca XIX i początków XX w. Sasom udało się przetrwać zarówno nacisk madziaryzacji w monarchii austro-węgierskiej, jak i próby romanizacji podejmowane po przyłączeniu tego regionu do Rumunii w 1918 r. W latach 30. część tutejszych Niemców dała się porwać ideologii nazistowskiej. Skutkiem tego Siedmiogród - podobnie jak inne skupiska mniejszości niemieckiej w Europie - wykorzystany został przez Hitlera jako rezerwuar rekrutów dla wykrwawiającego się Wehrmachtu.

Na wszelki wypadek

Po II drugiej wojnie światowej Rumunia była jedynym państwem w Europie Środkowej, w którym nie doszło do zorganizowanych akcji wypędzeń i wysiedleń ludności niemieckiej. Nie oznacza to jednak, że życie Sasów w socjalistycznej Rumunii było usłane różami. Po zakończeniu wojny na ponad dziesięć lat znaleźli się na marginesie społeczeństwa jako obywatele drugiej kategorii. Ich domy i ziemię skonfiskowano, a około 30 tys. Sasów trafiło na przymusowe roboty w ZSRR. Duża część tych, którzy przeżyli, po zwolnieniu nie powróciła do domów, lecz została odesłana do Austrii i Niemiec. Także niemała grupa saskich mężczyzn, "uszczęśliwionych" przez Hitlera oficjalnie dobrowolnym, lecz w praktyce bardzo często wymuszonym wstąpieniem do SS, pozostała po wojnie w Niemczech, obawiając się represji władz rumuńskich.

Do tych, którzy znaleźli się na Zachodzie, sukcesywnie dołączali najbliżsi krewni. Tzw. akcja łączenia rodzin trwała aż do 1989 r. i stanowiła dla komunistycznej Rumunii poważne źródło dopływu dewiz. Kolejne rządy RFN płaciły za każdego Niemca wypuszczonego z "socjalistycznego raju" 5-8 tys. marek.

W drugiej połowie lat 50. sytuacja Sasów zaczęła się poprawiać. Zwrócono im skonfiskowane domy. Mimo represyjnego systemu, typowego dla wszystkich państw komunistycznych, rumuńscy Niemcy cieszyli się swobodami, o jakich ich ziomkowie w Polsce czy Czechosłowacji mogli jedynie marzyć - funkcjonowało niemieckojęzyczne szkolnictwo, powstawała niemieckojęzyczna literatura, drukowano niemieckie książki, działało niemieckie duszpasterstwo, dozwolone było używanie języka niemieckiego w przestrzeni publicznej. Oczywiście, polityczny terror w końcowym okresie dyktatury Ceau escu był nieporównywalny z tym, co znamy z PRL, lecz samo przyznawanie się do narodowości niemieckiej nie pociągało za sobą szykan. W trójkącie zamkniętym miastami Hermannstadt (Sibiu) - Schässburg (Sighi oara) - Kronstadt (Bra ov) od stuleci koegzystowali przecież Sasi, Rumuni i Węgrzy.

Mimo rosnącej fali "reglamentowanych" wyjazdów aż do początku lat 90. XX w. południowo-wschodnia i centralna część Siedmiogrodu zamieszkana była w zwarty sposób przez ok. 100 tys. Niemców. Sytuacja zmieniła się diametralnie po upadku komunizmu. W latach 1990-91 prawie 80 proc. Sasów wyemigrowało do RFN. Po dziesięcioleciach spędzonych w kraju absurdów wielu marzyło, by zapomnieć wreszcie o biedzie i zacząć żyć "jak ludzie". Duża część Niemców wyjechała jednak "na wszelki wypadek", w obawie przed dalszą destabilizacją sytuacji w Rumunii. W transylwańskich wsiach i miasteczkach pozostały pojedyncze saskie rodziny, ludzie zaawansowani wiekiem i mieszane małżeństwa.

Pieniądze księcia Walii

Deutsch-Weisskirch, po rumuńsku Viscri, to duża wieś położona przy szutrowej drodze, zagubiona w jednej z licznych dolin gdzieś między Schässburgiem (Sighi oarą) a Kronstadt (Bra ovem). Kolorowe, murowane domy, często okraszone niemieckojęzycznymi inskrypcjami. Nad wsią dominuje sylwetka warownego kościoła. Wszystko to pozwala poczuć atmosferę starego Siedmiogrodu.

W Deutsch-Weisskirch żyje dziś niespełna 30 Sasów. Na początku lat 90. XX w. było ich około 400. Stanowili wtedy zdecydowaną większość mieszkańców.

Sara Dootz należy do tych nielicznych, którzy po upadku Ceau escu postanowili zostać. Niezależnie od wszystkiego.

- To nie tylko beznadzieja komunistycznej Rumunii pchnęła ludzi do wyjazdu - mówi. - Odpowiedzialność za exodus Sasów ponoszą także zachodnioniemieccy politycy i nasi pastorzy. Kiedy Hans-Dietrich Genscher [ówczesny minister spraw zagranicznych RFN] kilka tygodni po upadku Ceau escu przyjechał do Siedmiogrodu, powiedział, że bramy Republiki Federalnej pozostaną dla Sasów otwarte. Może gdybyśmy wtedy usłyszeli, że pomogą nam, jeśli zostaniemy w Heimacie, historia potoczyłaby się inaczej. Także wielu duchownych, którzy tradycyjnie byli największymi autorytetami naszej społeczności, otwarcie opowiadało się za wyjazdem. Stracili wiarę w to, że możemy tu przetrwać. Poza tym ludzie obawiali się, że granice znów mogą zostać zamknięte. I wyjechali w popłochu.

Na pytanie, dlaczego ona i jej najbliżsi zostali, Frau Dootz odpowiada bez namysłu: - W naszej wiosce Sasi żyją od XIII w. Nazwisko Dootz powtarza się w księgach parafialnych od 1601 r., czyli od czasu, gdy zaczęto prowadzić księgi. Jestem dumna z tego, co stworzyli tu nasi przodkowie i nie mogłabym tego zostawić. Kiedy po upadku Ceau escu Niemcy masowo wyjeżdżali z Rumunii, zrobiliśmy zebranie rodzinne i postanowiliśmy, że zostaniemy w domu niezależnie od tego, co się wydarzy. Uważam, że dobrze zrobiliśmy. Dziś także tutaj można dobrze żyć. Większość z tych, którzy wyjechali, nie jest w Niemczech szczęśliwa.

Carolina Fernolend, córka Sary Dootz, jest sołtysem Deutsch-Weisskirch. Coraz częściej zdarza się, że przedstawiciele mniejszości niemieckiej wybierani są do lokalnych samorządów - głosami Rumunów, Węgrów i Romów. Wśród sąsiadów cieszą się opinią ludzi "konkretnych" i dobrych gospodarzy.

Energicznej pani sołtys udało się nawiązać kontakt z angielską fundacją Mihaia Eminescu zasilaną z prywatnych środków księcia Karola i zainteresować brytyjskiego następcę tronu losem podupadających miejscowości siedmiogrodzkich. W wielu gminach fundacja od kilku lat realizuje projekty mające na celu rewitalizację budynków oraz zachowanie architektonicznej harmonii wsi saskich. Każde takie przedsięwzięcie to praca i zarobek dla miejscowych - niezależnie od narodowości. Szacuje się, że dzięki projektom realizowanym przez brytyjską fundację około tysiąca Sasów postanowiło na stałe powrócić do Transylwanii. Fali masowych powrotów nie należy jednak oczekiwać.

Ostatnia na Starym Mieście

Schässburg, po rumuńsku Sighi oara, to architektoniczna perła Siedmiogrodu - w całości zachowane, położone na wzgórzu średniowieczne miasto, założone w XII w. przez osadników z Niemiec. Jeszcze kilkanaście lat temu niemiecki był jednym z trzech języków - obok rumuńskiego i węgierskiego - które na co dzień można było usłyszeć w malowniczych zaułkach Schässburga. Dziś w mieście liczącym ponad 30 tys. mieszkańców żyje niecały tysiąc Sasów. Sara Iona cu, z domu Schütz, mówi o sobie, że jest ostatnią Niemką na Starym Mieście.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Co się stało z Madzią?

Matka półrocznej Madzi z Sosnowca wyznała, że córeczka wyślizgnęła się jej w domu z kocyka i uderzyła główką w wysoki próg