http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Potrzeba moralnej przejrzystości

Vladimir Tismaneanu*
2006-12-07, ostatnia aktualizacja 2006-12-06 18:43

Odróżnienie życia w prawdzie od pseudożycia w kłamstwie to wielka nauka wschodnioeuropejskich opozycjonistów. Czas już, aby i w Rumunii ta różnica przestała być pustym słowem.

ZOBACZ TAKŻE
Rumuńskie życie polityczne znajduje się w stanie nieustającego wstrząsu moralnego - tak w każdym razie przedstawia się to w prasie i telewizji. Słychać kolejne oskarżenia, kolejne zdewaluowane frazesy o zdrajcach, katach i ofiarach. Atmosfera przypomina Czechy z początku lat 90., kiedy odbywała się tam rzeczywista, aczkolwiek niedoskonała lustracja.

U nas toczy się wojna przeciw amnezji - i bardzo słusznie. Mówić o polowaniu na czarownice to całkowite nieporozumienie. "Czarownice" były niewinnymi kobietami, które piętnowano, dręczono, a nawet zabijano w ramach obłędnych rytuałów. Natomiast donosiciele czynnie działali po stronie Zła.

Donosiciele i oficerowie

Nie ujawnili się w odpowiednim czasie, a niektórzy z nich odgrywali rolę stróżów społecznej moralności, tym samym zaś uczestniczyli w szerzeniu nieprawdy. Ale decydentami Zła byli oficerowie Securitate oraz komunistyczni aparatczycy - ideologowie i kadry. Należy sprawdzić, jak głęboko w przeszłość można sięgnąć i jakie byłyby skutki podobnych badań - na ile działania te będą miały znaczenie dla konkretnych ludzi, a na ile będziemy po prostu kolejny raz błądzić w gąszczu zwodniczych cieni.

Czy poprzestaniemy na zajadłym atakowaniu donosicieli, którzy za długo zwlekali z publiczną samokrytyką? Czy zeszliśmy na tyle głęboko, by dotknąć owej nieuporządkowanej normalności, jaka towarzyszy codziennym układom międzyludzkim? Czy znowu będziemy wyrównywać odpowiedzialność tylko po to, by uratować tego czy innego człowieka, który akurat budzi naszą sympatię?

Skandal wokół donosicieli nie powinien przysłonić największej hańby - tego, że Securitate była narzędziem terroru w rękach komunistycznej dyktatury. Donosiciele pracowali dla oficerów, ci zaś byli działaczami partyjnymi, których oddelegowano do tajnej policji. Ta ponura instytucja, jaką była Securitate, opierała się na kontroli ze strony Rumuńskiej Partii Komunistycznej. Wszystkie archiwalia wykazują, że to partia sprawowała władzę nad tajną policją, a nie na odwrót. Wszystkie zbrodnie przeciw ludzkości popełniano w imię ideologicznych nakazów, te zaś wynikały z utopijnej wizji, którą promowała Rumuńska Partia Komunistyczna. Studentów i intelektualistów prześladowano ze względu na potrzeby partii, która musiała kontrolować życie umysłowe i eliminować wszelką pokusę krytyki.

Sieć kłamstw

Nikt nie zaprzeczy, że czas już otworzyć teczki wszystkich dzisiejszych przywódców i wszystkich polityków. Potrzebujemy całkowitej przejrzystości i pełnej prawdy. Obecnie sieć kłamstw staje się coraz bardziej dławiąca, błądzimy w nieprzeniknionej mgle, a stan moralnego zagubienia staje się źródłem cynizmu, lęku i rozpaczy. W takiej atmosferze niejasności znakomicie ma się populizm i inne pokusy demagogiczno-autorytarne. Demagogowie chętnie i bez większego trudu wykorzystają taką sytuację do własnych szkodliwych celów.

Zmysł proporcji

Zamiast osób, które niegdyś podziwialiśmy, widzimy dziś moralne wraki. Pewien mój bliski przyjaciel, profesor historii na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i ważna postać rumuńskiego społeczeństwa obywatelskiego, przyznał się publicznie, że na przełomie lat 70. i 80. współpracował z tajną policją jako donosiciel.

Ale nie wszyscy współpracowali, nie wszyscy wierzyli, że system będzie trwał wiecznie. Dla mnie donosicielstwo czy też - jak mówią Francuzi - délation to akt głęboko nieprzyzwoity - oto wchodzi się jakiemuś człowiekowi w życie, a potem w sposób całkowicie nieuprawniony składa się o nim raporty. Podpisać zobowiązanie do współpracy to grzech, ale zachowanie tego faktu do własnej wiadomości tylko pogarsza sprawę. Sporo jednak zależy od tego, komu się składa sprawozdania. Donosiciele pracowali z oficerami, nie z innymi donosicielami. Demaskacje z ostatnich miesięcy i towarzyszące im wybuchy moralnego samozadowolenia grożą utratą wyczucia proporcji. Co innego obrzydzenie, a co innego przeświadczenie, że jesteśmy moralnie potępieni na wieki.

Dwie Securitate?

Mówiąc najkrócej, moralna przejrzystość jest nam potrzebna jak powietrze i woda. Tak właśnie powinno brzmieć hasło przewodnie obecnej debaty: trzeba unikać wszelkiego upiększania prawdy, trzeba mieć odwagę i świadomość, że przeszłość nie zniknie. W Rumunii, podobnie jak w innych postkomunistycznych krajach dawnego bloku radzieckiego, przeszłość nie jest odległą krainą. Securitate była organizacją przestępczą i terrorystyczną od początku do ostatniego dnia swego istnienia.

Zbyt często słyszymy, że Securitate miała dwa okresy, i że naprawdę odrażający był ten pierwszy, kominternowsko-kominformowski (1948-64). W tamtych czasach, jak wieść niesie, rządzili "obcy", czyli Żydzi i Węgrzy. Nikogo już nie obchodzi, że ministrem spraw wewnętrznych i najwyższym zwierzchnikiem Securitate w latach 1952-65 był Rumun Alexandru Draghici, a jego poprzednikiem, który w roku w roku 1952 padł ofiarą czystki razem z Aną Pauker - Teohari George, też Rumun.

Ta sama legenda głosi, że w drugim okresie (1965-89) tajna policja służyła interesom narodowym. Tak przynajmniej twierdzą byli oficerowie Securitate i ich dzisiejsi zwolennicy. Jednym z głosicieli tej koncepcji jest Corneliu Vadim Tudor, przywódca ksenofobicznej Partii Wielkiej Rumunii, były kandydat na prezydenta, a swego czasu oficjalny trubadur Ceau escu i jego dyktatury. Parę miesięcy temu Vadim Tudor dał popis wyjątkowej buty, otwarcie zapraszając wszystkich byłych pracowników Securitate do swojej partii.

Rok 2006: wykręty

Przybierającemu na sile dyskursowi nacjonalistyczno-tajniackiemu rehabilitującemu "patriotyczną" Securitate trzeba stawić bezwzględny opór. Stłumienie buntu górniczego w Dolinie Jiu w 1977 r., prześladowania Paula Gomy i jego ruchu obrony praw człowieka, zdławienie demonstracji w Braszowie w listopadzie 1987 r., mord na inżynierze Gheorghe Ursu, który zawinił jedynie tym, że w osobistym dzienniku pisał o szaleństwach Ceau escu, nieudane zamachy na życie znanych emigrantów rumuńskich, masakry z grudnia 1989 r. - wszystko to dowodzi w sposób niepodważalny, że Securitate była organizacją przestępczą.

Poglądy negacjonistyczne głoszą ci, którzy demaskację komunizmu jako ustroju opartego na zbrodniach przeciw ludzkości odbierają jako zagrożenie. O tych zbrodniach trzeba pamiętać bez zahamowań, które dyktuje wstyd.

Wina winie nierówna

Trzeba wysłuchać z należytym szacunkiem głosu pokrzywdzonych. Gdyby nie donosiciele, Securitate nie byłoby w stanie funkcjonować. Dlatego też potrzebujemy zeznań - po to, by tamte tragedie już się nie powtórzyły, i abyśmy mogli spojrzeć w oczy naszym przyjaciołom. Musimy zachować spokój i zastanowić się, co zrobiliśmy przez ostatnie 16 lat. Przewinienia bywają różne, odpowiedzialność także.

Tak więc przywódcy partii komunistycznej byli głównymi winowajcami rumuńskiego terroru, natomiast jego wykonawcami były Securitate, szefostwo wywiadu zagranicznego oraz milicja. Niedawno jeden z partyjnych weteranów, ekspremier Manea Manescu, skończył 90 lat. Nacjonaliści urządzili mu fetę jako wielkiemu mężowi stanu. Kogo spośród nas zbrzydziła ta scena? Dlaczego nikt głośno nie zaprotestował? Czyżbyśmy byli tak bardzo zajęci demaskowaniem demokratycznych działaczy jako dawnych donosicieli, że zapomnieliśmy już, kim są prawdziwi winowajcy?

Chwila prawdy

Piszę o tych niuansach, żeby podkreślić, że winowajców należy obciążać stosownie do ich rzeczywistej odpowiedzialności. Niektórzy kolaborowali, a potem milczeli czy wręcz lekceważyli znaczenie tej kolaboracji. Ich zachowanie jest godne pożałowania. Ale to nie oni wydawali rozkazy. Tak na przykład postąpiła liberalna posłanka Mona Musca, była minister kultury. Ludzie tacy jak ona czy wspomniany już były profesor Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego współpracowali pod presją szantażu lub z żałosnego oportunizmu, byli trybikami piekielnej machiny, którą legitymizowały ich własne żałosne kompromisy i haniebne akty kapitulacji. Ale sama instytucja miała swoje oddziały i pododdziały, jednostki i podjednostki.

Tym właśnie była Securitate (wewnętrzna i zagraniczna) - złowrogą instytucją, której celem był terror, kontrola, wzbudzanie lęku. Zarówno w kraju, jak i w kręgach politycznej emigracji. Wszystkie chwyty były dla niej dozwolone. Powtarzanie tej prawdy to obowiązek obywatelski, polityczny i moralny. Odróżnienie życia w prawdzie od pseudożycia w kłamstwie to wielka nauka wschodnioeuropejskich opozycjonistów. Czas już, aby i w Rumunii ta różnica przestała być pustym słowem.

*Vladimir Tismaneanu - profesor politologii na Uniwersytecie Maryland, autor książki „Stalinism for All Seasons: A Political History of Romanian Communism” [„Stalinizm na każdy sezon. Historia rumuńskiego komunizmu”] (University of California Press). W kwietniu 2006 r. prezydent Traian B sescu mianował go przewodniczącym Komisji Prezydenckiej ds. Badań nad Dyktaturą Komunistyczną w Rumunii. 600-stronicowy raport końcowy komisji wraz z wnioskami zostanie przedstawiony przez prezydenta B sescu na specjalnym posiedzeniu parlamentu rumuńskiego 18 grudnia 2006 r.

przełożył Łukasz Sommer

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Co się stało z Madzią?

Matka półrocznej Madzi z Sosnowca wyznała, że córeczka wyślizgnęła się jej w domu z kocyka i uderzyła główką w wysoki próg