Na 11 dni przed rozpoczęciem przez sędziego Wiktora Daniłkina odczytywania uzasadnienia wyroku na Chodorkowskiego premier miał swój doroczny teledialog z narodem. Zapytany o sądzonego oligarchę wypowiedział z pewnym takim namaszczeniem: "Przestępca powinien siedzieć w więzieniu". Putin uwielbia powtarzać frazy z kultowych filmów radzieckich, dialogi z których naród, jak tu mówią, "rozebrał na cytaty".
Ten jednak zabrzmiał w jego ustach dwuznacznie, wręcz tragikomicznie.
O przestępcy, który ma siedzieć, mówi w filmie "Gdzie jest czarny kot" oficer milicji Gleb Żegłow grany przez Władimira Wysockiego. Ale wypowiada tę słuszną skądinąd formułę w chwilę po tym, gdy do kieszeni kryminalisty udało mu się podrzucić cudzy portfel. Czyli jakby to nazwał premier, który lubi czasem błysnąć słówkiem z leksykonu funkcjonariuszy bezpieczeństwa państwowego, "uszyć sprawę", a więc wrobić podejrzanego.
Jakby tam zręcznie czy mniej zręcznie przywódca narodu nie cytował swego ulubionego bohatera filmowego, to biednemu sędziemu Daniłkinowi wyboru nie zostawił. Skoro z najwyższych ust padło "siedzieć", to siedzieć się będzie. Sprzeciw oznaczałby bunt, niemal zamach stanu.
Kilka dni temu szefowie głównych rosyjskich programów telewizyjnych, odpytując Dmitrija Miedwiediewa zainteresowali się czemu to pod kosiarkę prawa i sprawiedliwości wpadł tylko Chodorkowski, a pozostali oligarchowie, którym wiele czasu zabrałoby sporządzenie rachunku sumienia, żyją sobie szczęśliwie i opływają we wszelkie możliwe dobra.
Prezydent, profesor prawa, odparł, że gdyby na innych bogaczy były materiały, to i oni stanęliby przed sądem. A skoro ich nie ma, to i sprawy nie ma też.
Szef państwa, znakomity znawca kodeksów, najwyraźniej nie przypomina sobie złotej formuły Feliksa Dzierżyńskiego: Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie. Patron czekistów uczył, że najpierw musi być zamówienie na oskarżenie, a reszta to już tylko kwestia, jak mówią w Rosji, "zręczności rąk" śledczych i prokuratorów.
Taki Roman Abramowicz, o czym mówiło wiele mediów rosyjskich, zaczął dochodzić do wielkich pieniędzy, gdy ukradł pociąg z ropą. Oleg Deripaska to magnat aluminiowy, a o kombinaty wytapiające ten metal toczyły się w ubiegłej dekadzie prawdziwe krwawe wojny. Decyzje o tym, co do kogo ma należeć, zapadały czasem pod lufami czołgów. Listę można by przedłużać.
Żaden z bliskich dzisiejszym władzom oligarchów aniołkiem nie jest, ale nie ma na nich "zamówienia", bo służą wiernie i wspomagają finansowo co trzeba i kogo trzeba. Nie ma człowieka, nie ma więc i paragrafu.
Siedem lat temu, kiedy wokół Jukosu zrobiło się gorąco, widziałem, że Chodorkowski prosi się na szafot. Nie dlatego, że obnosił się ze swymi ambicjami politycznymi, jak dziś mówią jego zwolennicy. Chodorkowski porządkował swoją wielką wartą wtedy 15 mld dol. firmę. Jako pierwszy z superbogatych Rosjan upublicznił bilanse swej firmy, uczynił je przezroczystym. Chciał zrobić z Jukosu prawdziwą spółkę akcyjną, której udziały byłyby sprzedawane na wolnym rynku. Wtedy naftowy moloch wymknąłby się z rąk władz kraju. Przy wymaganym przez giełdy publicznym bilansie nie byłoby lewej kasy, czyli pieniędzy na wsparcie faszyzujących młodzieżówek czy na kupiony komu trzeba domek w kraju, który poza miłym klimatem ma tę zaletę, że nie posiada umowy z Rosją o ekstradycji.
Światowe spółki giełdowe też nieźle kombinują, ale Jukosowi opłaciłoby się uczciwie prowadzić swoje rachunki, żeby przyciągnąć jak najwięcej udziałowców zagranicznych, bo oni uchroniliby firmę przed nacjonalizacją. Na odebranie zachodnim przedsiębiorcom majątków w Rosji mógł sobie pozwolić Lenin i jego bolszewicy, ale oni akurat nie mieli prywatnych miliardów poukrywanych na kontach w bankach zagranicznych.
Gdyby plany Chodorkowskiego zostały zrealizowane, poza zasięgiem władz znalazłby się nie tylko Jukos ze swoimi bajecznymi dochodami. Inni oligarchowie poszliby za jego przykładem. Dlatego Chodorkowski przykładowo siedzi, a jego firma została wzorcowo upaństwowiona.
Problem jednak nie tylko w kupniaku, jak w Rosji nazywa się wielki biznes. Idący z góry, czyli z Moskwy, przykład sprawił, że w regionach Rosji mamy mnóstwo małych Jukosów i małych Chodorkowskich, którzy popadli w tarapaty, bo nie chcieli się dzielić z kim trzeba. Bo tam, gdzie są tacy ludzie, zgodnie z regułą Żelaznego Feliksa znajdzie się i paragraf.
Wystarczy tymczasowo aresztować niepojętnego biznesmena i wypuścić go po kilku miesiącach, a przez ten czas jego firma wyleci z rynku, ustępując miejsca innej prowadzonej przez bardziej pojętnych i skorych do dzielenia się z kim trzeba. Sztuka szukania paragrafu jest w dzisiejszej Rosji bardzo rozwinięta. Gazety moskiewskie stale piszą o coraz to nowych sposobach rozprawiania się władzy z biznesem. Ale te publikacje, czasem bardzo drastyczne, nic nie dają.
Sytuację mogłoby zmienić zamknięcie sprawy Jukosu. To byłby sygnał dla kraju, że władza chce wprowadzić nowe reguły gry.
Ale to byłoby sprzeczne z interesem rządzących krajem klanów urzędniczo-mundurowych. Więc gospodarka Rosji nadal będzie działać według wiecznych tu reguł, zgodnie z którymi dla biznesu nie jest ważna nowoczesność czy modernizacja, o których tak lubi mówić prezydent Miedwiediew, lecz wyłącznie ułożenie sobie stosunków z władzą.