Szczegóły proponowanego przez Moskwę dokumentu ujawniła wczoraj gazeta "Kommiersant", powołując się na wysoko postawionych urzędników rosyjskiego
MSZ. W kręgach dyplomatycznych mówiło się o tym od grudnia zeszłego roku, gdy szef rosyjskiego ministra spraw zagranicznych
Siergiej Ławrow stwierdził, że NATO powinno zobowiązać się, że w krajach przyjętych do Sojuszu od 1999 r. - a więc i w Polsce - nie będą stacjonować "znaczące siły wojskowe".
Kreml tłumaczy, że po upadku ZSRR dostał od Zachodu polityczną obietnicę, że NATO nie będzie się rozszerzać. Potem Sojusz zobowiązał się w 1997 r. w akcie założycielskim Rady NATO -
Rosja, że będzie wzmacniał obronność swych nowych członków z obszaru poradzieckiego raczej przez ulepszanie infrastruktury niż "trwałe rozmieszczenie dodatkowych, istotnych sił bojowych". Moskwa twierdzi, że Zachód złamał obietnice - jako przykład podaje np. rozmieszczanie wojsk w Bułgarii i Rumunii, gdzie swe bazy tworzą Amerykanie.
Zachód tłumaczy, że w bałkańskich bazach będą głównie żołnierze rumuńscy i bułgarscy, którzy byli już tam wcześniej, a teraz zostali tylko włączeni w system dowodzenia NATO. Sojusz przekonuje również, że stacjonowanie czterech dodatkowych myśliwców na Litwie w żaden sposób nie może być traktowane jako istotne zwiększenie sił bojowych.
NATO nie odrzuciło jednak najnowszej propozycji Rosji. Od grudnia trwa dyplomatyczny spór nad deklaracją, który sprowadzał się przede wszystkim do znaczenia słowa "znaczące siły". Dla Waszyngtonu to dywizja, czyli ok. 12-15 tys. żołnierzy, dla Moskwy to brygada, czyli 4,5 tys. żołnierzy.
Rosyjski wiceszef MSZ Siergiej Riabkow mówi "Kommiersantowi", że podpisanie deklaracji "zwiększyłoby zaufanie między NATO a Rosją". Moskwa ze swej propozycji chce uczynić jeden z głównych tematów dyskusji przed listopadowym szczytem Sojuszu w Lizbonie, którego gościem ma być prezydent
Dmitrij Miedwiediew.
- Szanse, że taka deklaracja zostanie podpisana, są żadne - zapewnia "Gazetę" dyplomata zaangażowany w rozmowy między Moskwą a NATO. - Ale możemy rozmawiać o ograniczeniu w przyszłości rozmieszczenia wojsk w innej formie.
Chodzi o traktat o ograniczeniu zbrojeń konwencjonalnych w Europie (CFE), z którego Rosja wystąpiła trzy lata temu. Traktat nakładał na każde z państw sygnatariuszy limity, ile mogą mieć czołgów, samolotów, okrętów i żołnierzy w poszczególnych regionach Europy.
- Gdyby Rosja zgodziła się na powrót do traktatu i wzięła na siebie odpowiednie ograniczenia, to wtedy możemy podpisać proponowaną przez Moskwę deklarację - mówi nasz rozmówca.
- Europa chce dialogu i współpracy z Rosją, ale pod warunkiem że Moskwa będzie zachowywać się rozsądnie. A stawianie jednostronnych żądań trudno tak określić - podkreśla Constanze Stelzenmüller, analityk z europejskiego biura German Marschall Fund w Brukseli. - Można na to patrzeć jak na powrót do retoryki stref wpływów. Poza tym to, gdzie stacjonują żołnierze, ma dziś mniejsze znaczenie, bo można ich szybko przemieszczać z kraju do kraju.
Cornelius Ochmann z berlińskiej Fundacji Bertelsmanna przypomina, że na proponowaną przez Kreml deklarację musiałoby zgodzić się całe NATO, a gdyby sekretarz generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen lansował ją wbrew członkom, popełniłby polityczne samobójstwo.
Rosyjscy dyplomaci rzeczywiście chcą rozmawiać o tym z Rasmussenem podczas jego wizyty w Moskwie 5 listopada. Twierdzą, że o deklaracji rozmawiali już z delegacją amerykańskiego Departamentu Stanu, która odwiedziła Rosję wczoraj.
Sojuszowi zależy na polepszeniu relacji z Moskwą, bo mogłoby to znacząco pomóc zachodnim siłom w Afganistanie. Rasmussen będzie rozmawiał z Rosjanami o wspomożeniu afgańskiej armii 20 helikopterami oraz o tranzycie zaopatrzenia dla wojsk NATO (takie umowy ma dziś z Kremlem tylko kilka krajów Sojuszu).
Mimo tego ambasador Rosji w NATO Dmitrij Rogozin jest sceptyczny co do przyszłości proponowanej deklaracji, bo Sojusz "nie chce niczego podpisywać".