Samolot z 72 pasażerami i dziewięcioosobową załogą na pokładzie leciał we wtorek z Polarnego w Jakucji do Moskwy. Po trzech godzinach wysiadły jednocześnie trzy z czterech pokładowych generatorów prądu. Przestały pracować urządzenia nawigacyjne i stery wysokości, a piloci zaczęli tracić panowanie nad maszyną.
41-letni pilot Jewgienij Nowosiołow, który wylatał w powietrzu 8,5 tys. godzin (dla porównania kapitan prezydenckiego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku, miał nalot 3,5 tys. godzin), szukał miejsca do awaryjnego lądowania, ale pod spodem była porośnięta tajgą republika Komi położona na zachód od Uralu. Do tego fatalna pogoda - ziemię zasłaniały gęste niskie chmury.
W przerwie między obłokami piloci dostrzegli jednak porzucone przed dziesięcioma laty małe wojskowe lotnisko z krótkim, zaledwie 1,2-km pasem. To mniej więcej o kilometr za mało dla ciężkiego tupolewa, ale wyjścia nie było.
Za trzecim podejściem Nowosiołowowi udało się naprowadzić maszynę na pas startowy. Pasażerowie, którzy chwilę wcześniej dowiedzieli się, że czeka ich lądowanie awaryjne, zobaczyli, jak kończy się pas startowy (z powodu awarii nie działały hamulce), a samolot jedzie dalej przez młodą tajgę, ścinając czubki drzewek.
Kiedy wreszcie stanął w błotnistej ziemi i dowódca ogłosił, że udało się wylądować, wybuchła panika - ludzie rzucili się do wyjść awaryjnych. Członkowie załogi i z tym sobie poradzili - klnąc, na czym świat stoi, kazali wrócić przerażonym pasażerom na miejsca, a potem po kolei spuścili ich na ziemię po dmuchanych trapach.
Niektórzy wciąż oszołomieni pasażerowie zaczęli zbierać rosnące w pobliżu grzyby, inni pobiegli do najbliższej wioski po wódkę, by uczcić ocalenie i poradzić sobie ze stresem.
Wkrótce zabrano ich helikopterami do Uchty, a stamtąd innym samolotem do Moskwy.
Okazało się, że uszkodzenia maszyny są nieznaczne. Zdaniem doświadczonego pilota oblatywacza Władimira Gierasimowa po niewielkiej naprawie tupolew będzie mógł samodzielnie odlecieć z miejsca awaryjnego lądowania. Ekspert uważa, że bez pasażerów i z minimalną ilością paliwa zdoła wystartować nawet z tak krótkiego pasa.
Zapytaliśmy znanego rosyjskiego oblatywacza Mahomeda Tałbojewa, czy przypadek z samolotem, który wylądował w tajdze, nie świadczy o tym, że tupolew polskiego prezydenta mógł nie rozbić się o drzewa?
- To zupełnie inna sytuacja - mówi Tałbojew. - Polski tupolew zderzył się z ziemią, podchodząc do normalnego lądowania. A ten z tajgi lądował awaryjnie, więc to, że pas się skończył i zaczęły się drzewa, nie było dla pilotów niespodzianką. Polski samolot rąbnął w drzewo o średnicy 40 cm, i to uderzenie obróciło go i rzuciło o ziemię. Rosyjski samolot kosił cieniutkie czubki młodych sosenek. W tym wypadku drzewa pomagały, bo hamowały pęd samolotu i trzymały go na równym kursie.
Tałbojew zwraca też uwagę na to, że rosyjska załoga była o wiele bardziej doświadczona od pilotów prezydenckiego Tu-154. - Mają kilka razy więcej wylatanych godzin i są stale szkoleni na symulatorach. Ja sam szkoliłem tych ludzi i jestem z nich dumny. Uważam, że prezydent Miedwiediew powinien posłuchać pasażerów i dać pilotom gwiazdy Bohatera - dodał Tałbojew.
Źródło: Gazeta Wyborcza