57-letnia Pamfiłowa nie wytłumaczyła publicznie, dlaczego postanowiła zerwać rozpoczętą w 2002 r. współpracę z Kremlem. Bliscy jej ludzie powiedzieli "Gazecie", że zdecydowały o tym wydarzenia ostatnich dni, a przede wszystkim konflikt z nietykalną putinowską młodzieżówką Nasi.
Poszło o doroczny obóz naszystów nad jeziorem Seliger. Tam pojawiła się "aleja hańby" - nabite na pale plastikowe głowy z fotografiami ludzi uważanych przez młodzieżowców za "wrogów" lub "zdrajców". Wśród nich była także podobizna Ludmiły Aleksiejewej, 83-letniej szefowej Grupy Moskiewsko-Helsińskiej, szanowanej na świecie nestorki opozycjonistów rosyjskich i członkini grupy kierowanej przez Pamfiłową. Na wbitą na pal głowę Aleksiejewej, ojciec której zginął w 1942 r. z walce z Niemcami, putinowscy hunwejbini nałożyli czapkę ze swastyką.
Pamfiłowa oburzyła się na Naszych. W wywiadzie dla
radia Echo Moskwy zapewniła jednak, że nie wniesie na nich skargi do sądu. Tłumaczyła, że ta organizacja kierowana przez najwyższe władze jest dziś w Rosji świętą krową i nawet w najbardziej słusznej sprawie w sądzie rosyjskim z naszystami wygrać się nie da.
Z kolei Nasi zapowiedzieli, że to ich organizacja sama wytoczy sprawę Pamfiłowej, bo publicznie powiedziała, że oni palą książki autorów, których uważają za nie dość patriotycznych. A oni tylko publicznie topili książki Władimira Sorokina w wielkiej muszli klozetowej ustawionej w centrum Moskwy i to nie teraz, lecz wtedy, kiedy ich organizacja nazywała się Idący Razem.
Pamfiłowa przegrała w ostatnich dniach jeszcze jedną ważną batalię. Apelowała do prezydenta, by nie podpisywał uchwalonych przez parlament poprawek do ustawy o Federalnej Służbie Bezpieczeństwa, rozszerzających uprawnienia tajnej policji. Jej zdaniem będą one wykorzystane przez FSB do walki z opozycją.
Dmitrij Miedwiediew jej jednak nie posłuchał i w czwartek złożył swój podpis pod dokumentem.