Gdy po bitwie pod Borodino wojska Napoleona zajęły stolicę Rosji, ogień strawił 6,5 z 9 tys. przeważnie drewnianych domów, prawie wszystkie sklepy i targowiska, co trzecią z 329 cerkwi. W pożarze zginęło co najmniej 2 tys. rosyjskich rannych żołnierzy, których cofająca się armia zostawiła w mieście na leczenie, i 12 tys. moskwian.
Teraz 74-letni Łużkow na posiedzeniu komitetu organizującego obchody 200. rocznicy bitwy pod Borodino ogłosił: - Każdy moskwianin chce wiedzieć, skąd wziął się pożar, a po to niezbędne jest zamówienie specjalnego śledztwa w celu ustalenia przyczyn pożaru.
Rosyjski internet odpowiedział na wynurzenia Łużkowa salwą śmiechu. Złośliwcy domyślili się, że jeśli mer planuje coś "zamówić", to konkurs na realizację "zamówienia" na pewno wygra któraś z firm jego żony Jeleny Baturinej. To najbogatsza dziś Rosjanka, która w 2009 r. zarobiła na czysto miliard dolarów, czyli około tysiąca razy więcej niż jej rządzący stolicą małżonek. Pani merowa robi wprawdzie nie w historii, tylko w budownictwie, ale jej spółki z reguły wygrywają te moskiewskie przetargi, do których stają.
Internauci przypominają też merowi, że "każdy moskwianin" chciałby wiedzieć, kto był np. sprawcą tajemniczego pożaru, który zaledwie sześć lat temu zniszczył budynek Maneżu w samym centrum miasta. Ciekawi też mieszkańców stolicy zupełnie już niedawny pożar w stołecznym ośrodku konserwacji dzieł sztuki im. Grabaria. Ludzie chcieliby wiedzieć, które cenne dzieła sztuki, jakie wtedy przepadły, były w budynku, zanim stanął on w ogniu.
Po co więc merowi Moskwy poważne śledztwo w sprawie pożaru sprzed dwóch wieków? Przyczyny katastrofy, która zniszczyła wtedy stolicę, są przecież jasne -
miasto kazał podpalić gubernator hrabia Fiodor Rostopczin, którego Lew Tołstoj w "Wojnie i pokoju" przedstawił jako skończonego głupka. Sam gubernator w swojej korespondencji pisał, że w czasie, kiedy armia Michaiła Kutuzowa opuszczała miasto, polecił wypuścić z więzień kryminalistów i kazał im podkładać ogień, gdzie się tylko da, by pozbawić armię Napoleona dachu nad głową.
Rosja jest jednak krajem, jak tu się mówi, o "nieprzewidywalnej przeszłości", bo interpretacja historii zależy od aktualnych zachcianek ludzi sprawujących władzę.
A Łużkowowi jest dziś na rękę przypomnieć klęskę, jaka spadła na miasto 200 lat temu. On sam jest oskarżany o to, że przez 18 lat swych rządów wyrządził miastu ogromne szkody, każąc mimo protestów społecznych niszczyć setki zabytkowych budynków, by oczyścić miejsce pod budowę szklano-betonowych biurowców i apartamentowców.
Wczoraj działająca przy prezydencie Dmitriju Miedwiediewie Izba Społeczna skupiająca ludzi cieszących się w kraju autorytetem publicznie orzekła, że "przy Łużkowie" stolica poniosła większe straty niż "przy Napoleonie".
Dzięki swojemu śledztwu Łużkow będzie miał okazję dowieść, że Rostopczin był jednak bardziej szkodliwy niż on. I udowodnić, że po to, by budować "piękniej", czasem najpierw trzeba coś zniszczyć.
Źródło: Gazeta Wyborcza