- My tu wszyscy przyjezdni - tak oprowadzanie po skansenie w Szuszenskoje zaczyna Swietłana Nikołajewna. - Część moich przodków pochodzi spod Moskwy, a część to miejscowi, których zesłano tu 150 lat temu z Polski, moja babcia jest Sucholska.
Swietłana pracuje w muzeum od 30 lat. Gdy zaczynała, było poświęcone tylko Leninowi. Zjeżdżały do niego wycieczki z całego ZSRR.
Zmiany zaczęły się na początku lat 90., kiedy z powodu zmiany ustroju i biedy pracownicy postanowili uatrakcyjnić skansen. Stworzyli zespół ludowy witający zwiedzających przy wejściu do wsi, odrodzili tradycje rękodzielnicze, otworzyli zajazd, w którym z ręcznie robionych glinianych naczyń można zjeść syberyjskie przysmaki. - Gdy inni rozkładali ręce, my wzięliśmy się do pracy - opowiada Swietłana. Leninowi zostawiono tylko dwa domy - jeden, w którym mieszkał jako kawaler, i drugi, do którego przeprowadził się po ślubie z Krupską w 1898 r. W pozostałych 27 obejściach urządzono skansen syberyjskiej wsi XIX w.
Wszystkie domy są z grubych bali, mają po 150 lat. Jedne bogatsze, inne skromniejsze. Najbiedniejsze jest obejście szewca. W maleńkiej chatce jedna izba dla całej rodziny, w drugiej mieszkały zwierzęta.
Przez środek wsi biegnie droga, tak szeroka, że mogły się na niej minąć dwa konne wozy. Jest tu sklep i bar zwany riumoczną. To od riumki, czyli kieliszka. - Nasz okręg zawsze nazywano pijanym - mówi Swietłana. Statystyczny mieszkaniec wypijał pod koniec XIX w. 3-4 litry spirytusu rocznie. Dziś statystyczny Rosjanin pije trzykrotnie więcej.
- Kobiety wtedy nie piły - Swietłana tłumaczy, dlaczego teraz jest gorzej. - No i w roku było wtedy aż 200 dni postu.
Lenin trafił do Szuszenskoje, gdy miał 27 lat. Zamieszkał u bogatego gospodarza Zyrianowa. Później dojechała do niego starsza o rok Nadieżda. Ślub wzięli w miejscowej cerkwi, zachował się wyciąg z akt. Potem przeprowadzili się do większego domu na obrzeżach wsi.
Pracownicy muzeum niechętnie mówią dziś o Leninie. Są za to kopalnią informacji na temat XIX-wiecznego życia na Syberii. - Obejścia były ogrodzone płotem ze ściśle przylegających do siebie desek, a obejścia przypominały twierdze - mówi Swietłana. - Syberia 150 lat temu wyglądała trochę jak amerykański Dziki Zachód.
Przed płotem często zostawiano chleb i wodę dla przechodzących traktem katorżników. Oficjalnie nie wolno im było pomagać, a gdyby weszli do obejścia, należało o tym donieść żandarmowi, więc wymyślono sposób pomocy bez narażania się na gniew władz.
Wielu więźniów zostawało w miejscu zsyłki do końca życia. Jak polska rodzina Piotrowskich, której dom stoi naprzeciw obejścia Lenina i Krupskiej. - Ten dom jest wyższy niż inne. Ma dodatkowe pokoje w suterenie wychodzącej metr ponad ziemię. Piotrowscy musieli być zamożni - mówi Swietłana.
W każdym obejściu była za to bania z wielkim piecem, gdzie zażywano kąpieli i sauny, oklepując ciało brzozowymi witkami. - Syberia była bogata - opowiada Swietłana. - Dlatego oprócz więźniów ciągnęli do niej biedacy z europejskiej części Rosji i nie tylko. - Tu byli wszyscy: Rosjanie, Ukraińcy, Polacy, Białorusini,
Niemcy.
Z tego powodu historycy nie mogą odtworzyć jednego stroju ludowego Sybiraka. Sama Swietłana oprowadza gości w stroju spod Riazania. Inne przewodniczki mają stroje z innych regionów - w zależności od tego, skąd pochodzą.
Żeby móc tu zamieszkać, trzeba było zapłacić za wstąpienie do gminy. We wsiach, które dopiero tworzono, można było dostać ziemię od państwa za darmo, w istniejących trzeba było ją kupić. Żeby zamieszkać, trzeba było zainwestować średnio 300-400 rubli (roczna pensja wiejskiego pisarza wynosiła wówczas 700 rubli).
Jednak wydatki zazwyczaj zwracały się po kilku latach. - Część ludzi zajmowała się rolnictwem, inni zwozili drewno, polowali, istniał też przemysł i handel - wylicza Swietłana. Głodu nie było.
W wiejskim sklepie Ernesta Dawidowicza zachował się cennik sprzed stu lat. Wiadro wódki kosztowało 12 rubli. Mężczyzna najmujący się do pracy na roli zarabiał dziennie 70 kopiejek, kobieta - o 20 mniej. W deklaracji podatkowej Ernest Dawidowicz deklarował, że rocznie zarabia prawie tysiąc rubli - 150 na prowadzeniu sklepu, 480 na handlu ziarnem, a 200 na własnym gospodarstwie.
We wsi był samorząd, ludowy sąd rozstrzygający drobne sprawy i areszt, do którego trafiali głównie pijacy. Poważniejszych przestępców przekazywano żandarmerii.
Muzeum w Szuszenskoje tętni dziś życiem. Samochody z turystami zatrzymują się jeden za drugim. Przyjeżdżają ludzie z całej południowej Syberii. - To jedyne miejsce w regionie, gdzie można zobaczyć, jak wyglądało życie 150 lat temu - mówi Swietłana. Gdzie indziej domy z bali dawno już się rozpadły. Tu konserwowano je ze względu na Lenina. - Wypijmy za rosyjskie tradycje narodowe, już bez nalotu komunizmu - pracownik muzeum w stroju ludowym wznosi toast w zajeździe. Na stole pielmieni, czyli pierożki z mięsem, szaszłyki z syberyjskich ryb, no i oczywiście bliny (rosyjskie naleśniki), bez których trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek przyjęcie w Rosji.
A do picia kiedrowka, czyli nalewka na małych orzeszkach cedrowych, i kwas chlebowy. Prawdziwa Syberia.