http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Putin w Katyniu, Kaczyński w Moskwie

Wacław Radziwinowicz
2009-11-18, ostatnia aktualizacja 2009-11-18 02:13

Jeśli chcemy, by premier lub prezydent Rosji przyjechał na przyszłoroczne uroczystości katyńskie, powinniśmy wykonać też ważny gest wobec Kremla. Byłoby nim np. zapewnienie, że głowa naszego państwa weźmie udział w obchodach 65. rocznicy zwycięstwa nad Niemcami hitlerowskimi

Jeszcze cztery lata temu Władimir Putin nie wspomniał o Polsce, wymieniając sojuszników ZSRR w walce z III Rzeszą. W tym roku mówił, że
Fot. Czarek Sokolowski AP
Jeszcze cztery lata temu Władimir Putin nie wspomniał o Polsce, wymieniając...
Do 70. rocznicy zbrodni katyńskiej zostało już bardzo niewiele czasu. 5 marca 1940 r. Stalin i jego kompani wydali wyrok na ponad 22 tys. Polaków przetrzymywanych w obozach jenieckich i więzieniach NKWD. 3 kwietnia na terenie ośrodka wypoczynkowego NKWD pod Smoleńskiem rozpoczęły się egzekucje.

Czy jest możliwe, by w uroczystościach rocznicowych wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz dzisiejszej Rosji? Może premier Władimir Putin? Może prezydent Dmitrij Miedwiediew?

Rzecz jest niezwykle delikatna i nic dziwnego, że nasi dyplomaci, rozmawiając z Rosjanami o tym, by premierzy obu krajów spotkali się w Kaliningradzie i stamtąd wspólnie polecieli do Katynia, starają się utrzymać sprawę w najgłębszej tajemnicy.

Prof. Inessa Jażborowska z Rosyjskiej Akademii Nauk, członek Polsko-Rosyjskiej Komisji do spraw Trudnych zajmującej się m.in. Katyniem, dyplomatą nie jest. Może więc sobie pozwolić na uchylenie rąbka tajemnicy i w wywiadzie dla "Niezawisimej Gaziety" mówi, że Putin "najprawdopodobniej przyjedzie".

Decyzję o tym podejmie albo sam premier, albo w porozumieniu z prezydentem. I być może w ostatniej chwili. Jednak to, co się dzieje w Rosji, wskazuje na to, że obecność najwyższych przedstawicieli władz rosyjskich w Katyniu rzeczywiście staje się "prawdopodobna".

Dziś spór polsko-rosyjski o Katyń sprowadza się do dwóch rzeczy. Po pierwsze - rosyjska naczelna prokuratura wojskowa, zamykając 4,5 roku temu prowadzone przez 15 lat śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej, utajniła przed Polakami 116 ze 183 tomów akt. Po drugie - Rosjanie nie chcą zrehabilitować pomordowanych, czyli oficjalnie uznać Polaków za niewinne ofiary represji politycznych.

Do niedawna mogło się wydawać, że utajnione dokumenty pozostaną tajemnicą, a o żadnej rehabilitacji zabitych mowy być nie może z tego prostego powodu, że Moskwa do upadłego będzie bronić dobrego imienia Stalina, sprawcy zbrodni katyńskiej.

Ale ostatnio w Rosji coś się zmienia. Niedawno żarliwi obrońcy Wodza Narodów z kretesem przegrali proces przed sądem wytoczony opozycyjnej "Nowej Gaziecie" za artykuł, którego autor nazwał Stalina zbrodniarzem, dowodząc, że to on ponosi pełną odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. A wkrótce potem prezydent Miedwiediew powiedział, że dla zbrodni stalinowskich nie ma usprawiedliwienia.

Powinniśmy docenić te gesty. I odpowiedzieć Rosjanom. Im bardzo zależy choćby na tym, by 9 maja 2010 r. - w 65. rocznicę zakończenia II wojny światowej - do Moskwy przyjechali przywódcy innych krajów. Byłoby więc dobrze, gdyby prezydent Polski Lech Kaczyński już teraz dał do zrozumienia Rosjanom, że do Moskwy się wybierze. Decyzja nie jest prosta, ale 9 maja można stanąć obok Miedwiediewa na placu Czerwonym. Z tego, co prezydent Rosji niedawno powiedział o Stalinie, wynika wprost, że w maju będzie składał hołd żołnierzom walczącym na frontach, a nie zbrodniarzowi.

Taki gest naszego prezydenta - postrzeganego w Moskwie jako jeden z najbardziej nieprzejednanych polityków wobec Rosji - Kreml doceniłby jako rękę wyciągniętą przez Warszawę, właściwą odpowiedź na antystalinowskie wystąpienie ich prezydenta. Wtedy i o Katyniu byłoby z nimi łatwiej rozmawiać.

Miedwiediew czy Putin na mogiłach katyńskich nie musieliby przepraszać. To już 16 lat temu zrobił w Warszawie prezydent Borys Jelcyn. Ale nie mogliby stanąć nad grobami z pustymi rękami. Tam powinni ogłosić, że odtajnią dokumenty, i przyznać, że pomordowani Polacy byli niewinnymi ofiarami represji. Nie rosyjskich - bolszewickich. A to oznaczałoby początek końca dzielącego nas z Rosjanami wieloletniego sporu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 82 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    36 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':