Jeśli jutro jakiś świr napisze w którejś z gazet moskiewskich, że Polacy wywołali pierwszą, drugą i teraz szykują trzecią wojnę światową, a Stalin był dobroczyńcą ludzkości, pojutrze opiszą to wszystkie polskie dzienniki na pierwszych stronach. A piątkowe wystąpienie prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, który w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych potępił Stalina, przeszło u nas praktycznie bez echa.
Miedwiediew zwrócił się do rodaków, jak to ma w zwyczaju, w swoim wideoblogu, więc to, co miał do powiedzenia, dotarło tylko do użytkowników internetu. Ale to nie tak. Najważniejsze fragmenty jego wystąpienia przez kilka dni jako pierwszą wiadomość powtarzały wszystkie ogólnorosyjskie telewizje. Każdy Rosjanin zobaczył prezydenta przekonującego, że "żadne sukcesy ani ambicje kraju nie mogą być osiągane za cenę ludzkiego życia, bólu i strat. Nic nie może stać wyżej niż cena ludzkiego życia. Dlatego represji nie można usprawiedliwiać".
W niedzielę oglądałem wieczorne programy podsumowujące tydzień najpierw na kanale Rossija, potem - w programie pierwszym. Zazwyczaj dobrze wiem, czego się spodziewać, co i kogo pokażą, co będą mówić występujący. Nudne zajęcie, trudno nie usnąć.
Tym razem robiłem wielkie oczy i szczerze mówiąc, byłem nawet wzruszony. Bo zaczęło się od Miedwiediewa wyliczającego zbrodnie bolszewickie, potem był reportaż z uroczystości na placu Łubiańskim, gdzie w zeszły czwartek przy Kamieniu Sołowieckim upamiętniającym ofiary GUŁAG-u odczytywano nazwiska ludzi rozstrzelanych w Moskwie w dniach Wielkiej Czystki 1937 r.
I jeszcze pokazali kobietę, której ojciec został zabity w tym czasie, a matka zmarła, kiedy z pięcioletnią wtedy córką jechała w bydlęcym wagonie do łagru. Bohaterka reportażu dopiero kilka miesięcy temu dowiedziała się, kim byli rodzice i jakie jest jej prawdziwe nazwisko.
I to wszystko opowiedział mi ten sam telewizor, który dwa miesiące temu - przed rocznicą wybuchu II wojny - wkurzał mnie, że Polska była pierwszym i wiernym sojusznikiem Hitlera oraz że wspólnie z nim szykowała się do napaści na ZSRR, a przewidujący Stalin postąpił mądrze i prawidłowo napadając w 1939 r. z tymże Hitlerem na Polskę.
Miedwiediew nie tylko chciał powiedzieć Rosjanom, co myśli o zbrodniach bolszewickich. On chciał i kazał, by jego słowa dotarły do wszystkich. Trzy lata temu prezydent
Władimir Putin także w Dniu Pamięci Ofiar Represji Politycznych odwiedził moskiewski Poligon Butowo, gdzie w czasie czystek stalinowskich funkcjonariusze NKWD rozstrzelali i pogrzebali w zbiorowych mogiłach ponad 30 tys. niewinnych ludzi. Był poruszony tym, co usłyszał, mówił mądre słowa, ale media państwowe potem się nad tym nie rozwodziły.
A Miedwiediew poszedł na całość. Zdobył się na dużą odwagę. Bo ten, kto mówi, że dla "Stalina nie ma usprawiedliwienia", jest dla licznych Rosjan apostołem obcej wiary. Stalin tutaj dla bardzo wielu jest wciąż bohaterem i "ojcem narodu", a ten, kto ośmieli się powiedzieć o nim złe słowo, to - jak lubili mówić bolszewicy - "wróg ludu".
Trudno powiedzieć, dlaczego my, Polacy, którzy czasem chełpimy się tym, że Rosję rozumiemy lepiej niż Zachód, nie potrafimy docenić mądrości i śmiałości gestu prezydenta Miedwiediewa.
A może czekamy tylko na złe wiadomości z Rosji i tylko takie potrafimy zrozumieć i ocenić? To błąd. Przygotujmy się na to, że ze Wschodu będą do nas teraz dochodzić także i dobre wiadomości. I może będzie ich sporo.