Supermarkety, których jest tu coraz więcej, już się poddały. Tam znajdziesz i "baton", czyli chleb biały, i tradycyjny "borodinski" z kminkiem czy ciemny "dargiński". Ale weźmiesz bochenek do ręki i czujesz, że lekki. Weźmiesz do ust - wata bez smaku taka sama jak w marketach w Chicago, Warszawie czy Sztokholmie.
Jednak małe sklepy z pieczywem na prowincji wciąż się trzymają. Tam po normalnej, niższej nawet cenie, kupisz tradycyjny chleb - ciężki, wonny, smaczny. Nie zapychacz żołądka watą, tylko prawdziwym jedzeniem, które i bez żadnej omasty sprawia przyjemność.
Tradycyjne pieczywo w Rosji, należy mieć nadzieję, zniknie nieprędko. Bo Rosjanie kochają się w chlebie. Jedzą go do wszystkiego - do ryżu, makaronu, kartofli. We włoskich eleganckich restauracjach potrafią poprosić o chleb do spaghetti czy pizzy.
Cokolwiek byś zamawiał w knajpie, kelner obowiązkowo zapyta, ile chcesz chleba do każdego dania. Nie, nie chleba nawet, a obowiązkowo pieszczotliwie - chlebuszka.
Rosjan wciąż do łez bawi oglądana już przez wszystkich setki razy scena z kultowego filmu "Białe słońce pustyni", w której bohater z obrzydzeniem odwraca się od podsuwanej mu miski z czarnym kawiorem i marzycielsko wzdycha: "Tak by chlebuszka zjeść".
Inny ulubiony przez Rosjan produkt to, zgodnie ze starą tradycją, wcale nie "wodka", ale "chlebnoje wino". Na etykietkach produkowanego w Rosji Smirnowa drukowana jest właśnie ta dawna nazwa mocnego trunku. Brała się stąd, że chleb to po rosyjsku i chleb, i ziarno zboża. Więc wódka, produkowana tu właśnie z żyta, od cara Piotra I do czasów Dmitrija Mendelejewa, który opracował teoretyczne zasady jej produkcji, nazywała się właśnie chlebnym winem.
Starsi Rosjanie bardzo chleb szanują. Wielu z nich, kiedy namówić ich na wspomnienia, z zachwytem przypomina sobie ten wspaniały moment, kiedy pierwszy raz w życiu udało im się wziąć do ust kęs białego chleba. Pamiętają ten smak, tę chwilę szczęścia, która nastała dla nich zazwyczaj dopiero gdzieś pod koniec rządów Nikity Chruszczowa, czyli w pierwszej połowie lat 60.
Kilka lat temu cały kraj pomagał dotkniętemu wielką powodzią Leńskowi nad syberyjską Leną. I dosłownie zarzucił to niewielkie miasto chlebem. Chleba było mnóstwo, znacznie więcej niż ludzie mogli i chcieli go zjeść. Starsze kobiety zabrały się więc za produkcję sucharów. Pokrojony na kromki chleb suszyły wszędzie: na parapetach, na balkonach, wystawionych na majowe słońce stołach. Na czarną godzinę, bo może zabraknąć.
Chleba tu brakowało przecież nieraz, przy bolszewikach w ZSRR powtarzały się straszne klęski głodu. Ludzie wtedy wspominali te legendarne czasy, kiedy Rosja na początku XX w. karmiła swoim zbożem pół Europy.
Dziś te czasy wróciły. Rosja znów stała się eksporterem zboża. W tamtym roku sprzedała za granicę 13,5 mln ton ziarna. Władze zastanawiają się, jak zwiększyć przepustowość portów, by można było co rok eksportować 50 mln ton. Bo zboża będzie coraz więcej. Działające według zasad wolnorynkowych spółki rolnicze, które zastąpiły dawne nieefektywne kołchozy i sowchozy, okazują się coraz bardziej wydajne.
Rosji sprzyja też ocieplenie klimatu światowego. A rezerwy rolnictwa rosyjskiego są ogromne. Odłogiem leży tu wciąż co najmniej trzecia część ziem ornych.
Źródło: Gazeta Wyborcza