Tę oficjalną wersję wydarzeń ogłoszono w sobotę. Przeciwnicy polityczni już zażądali pociągnięcia go do odpowiedzialności karnej.
Nazwisko byłego wicepremiera zwanego w latach 90. "młodym wilkiem Borysa Jelcyna" znalazło się obok pięciu innych na sporządzonej przez Federalną Służbę Nadzoru Technicznego liście osób "uczestniczących w stworzeniu warunków prowadzących do katastrofy".
Na czym polega wina Czubajsa? W grudniu 2000 r., będąc szefem potężnej spółki Jednolite Systemy Energetyczne, czyli gospodarzem wszystkich konwencjonalnych siłowni i linii przesyłowych Rosji, podpisał dokument o przyjęciu do eksploatacji hydroelektrowni na Jeniseju. W tym czasie Sajano-Szuszeńska, uruchomiona jeszcze za czasów Leonida Breżniewa, pracowała już od 20 lat. Największa w całym ZSRR elektrownia wodna o mocy 6,4 gigawatów dawała prąd, nikt jednak nie miał odwagi wziąć na siebie odpowiedzialności za jej pracę ani przyznać się, że jest niebezpieczna i w każdej chwili może tam dojść do katastrofy. Była przecież dumą ZSRR, powstawała jako "szturmowa budowa socjalizmu", którą chlubiła się propaganda radziecka.
Czubajs przyznał, że ponosi odpowiedzialność za jej stan tak samo, jak odpowiada za wszystko, co działo się w energetyce, kiedy w latach 1998-2008 kierował Jednolitymi Systemami Energetycznymi Rosji. Tłumaczy jednak, że osiem lat temu nie mógł zatrzymać siłowni, gdyż kraj cierpiał na deficyt prądu. Sajano-Szuszeńska do 17 sierpnia 2009 r., kiedy doszło do katastrofy, dawała 4 proc. energii elektrycznej wytwarzanej w całym kraju i czwartą część prądu elektrowni syberyjskich. To właśnie ona zasilała potężne syberyjskie huty aluminium. - Uważam, że w roku 2000 miałem obowiązek podpisać protokół o przyjęciu Sajano-Szuszeńskiej do eksploatacji, przecież pracowała już od 20 lat. A elektrownia na wariackich papierach to najgorszy wariant z możliwych - stwierdził Czubajs.
Jego odpowiedzialność za samą katastrofę wygląda dość abstrakcyjnie, jeśli wziąć pod uwagę ogłoszone także w sobotę przez Służbę Nadzoru Technicznego informacje o przebiegu tragedii. Do katastrofy doszło, kiedy pełną mocą zaczął pracować świeżo wyremontowany drugi agregat prądotwórczy. Jego remont prowadziły firmy należące do szefów hydroelektrowni. A więc ci sami ludzie zlecali roboty, wykonywali je, oceniali efekt oraz jakość wykonania prac i w końcu sami sobie płacili.
Kiedy tylko agregat ruszył na całego, wpadł w wibrację, a potem woda zerwała ważącą 1,6 tys. t pokrywę jego turbiny. Jak się okazało, od mocujących pokrywę śrub odkręciły się nakrętki, bo najwidoczniej nie były odpowiednio zabezpieczone. Słup wody spadającej spod korony wysokiej na 240 m tamy z mocą tsunami zniszczył turbinę i trzy agregaty, poważnie uszkodził jeszcze sześć innych, zabił 75 osób.
Chociaż związek między działaniami Czubajsa, który od lipca ubiegłego roku nie kieruje energetyką rosyjską, a partackim remontem jest dosyć odległy, przeciwnicy polityczni znanego reformatora już się na niego rzucili. Jako pierwszy wicemarszałek Dumy Władimir Żyrinowski. Dla niego były wicepremier jest tym, kim Leszek Balcerowicz dla Andrzeja Leppera - sprawcą wszelkiego zła, które w ostatnich 20 latach spadło na kraj i rodaków. Jego zdaniem Czubajs musi natychmiast odejść ze stanowiska szefa państwowej Rosyjskiej Korporacji Nanotechnologii, które zajmuje, i stanąć przed sądem.
Rozliczenia jelcynowskiego reformatora domaga się też Giennadij Ziuganow, przywódca Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej. Według niego Czubajs powinien odpowiedzieć za całokształt, a przede wszystkim za prywatyzację, którą prowadził w czasie rządów Jelcyna.
Nacjonaliści i komuniści wiedzą, że atak na jednego z przywódców demokratów może podnieść ich popularność. Wielu Rosjan uważa, że reformy "szalonych lat 90." wtrąciły kraj w zamęt, a powiedzenie "wszystkiemu jest winien Czubajs" stało się już przysłowiem.
Źródło: Gazeta Wyborcza