Siarczysty mróz nie wystraszył zwolenników opozycji protestujących przeciw sfałszowaniu wyników wyborów do Dumy z 4 grudnia i powrotowi Putina na Kreml. Według organizatorów na placu Błotnym było 120 tys. osób. Grupa komputerowców, która ponoć opracowała nową metodę liczenia ludzi w tłumie, napisała w internecie nawet o 200 tys. MSW szacuje, że było 35-37 tys. osób.
Ta ocena jest na pewno zaniżona, ale ważna.
Policja twierdziła, że w pierwszym wiecu opozycji 10 grudnia w tym samym miejscu wzięło udział 25 tys., a dwa tygodnie później na stołeczny Prospekt Sacharowa wyszło według resortu 29 tys. ludzi. MSW pośrednio potwierdziło więc, że siła antyputińskiego protestu rośnie.
- 4 grudnia byłem obserwatorem z ramienia demokratycznej partii Jabłoko w lokalu wyborczym w dzielnicy Chamowniki w Moskwie. W czasie liczenia głosów
policja bez powodu wyrzuciła mnie i innych niezależnych obserwatorów za drzwi. Potem okazało się, że w naszym rejonie Jedna
Rosja dostała dwa razy więcej głosów niż w sąsiednich okręgach, gdzie obserwatorzy przyglądali się liczeniu głosów - opowiadał "Gazecie" 30-letni informatyk Denis Pietruniaka. - Zebrali się tu ludzie niegłupi, nieźle wykształceni, nieźle zarabiający. Ale my wiemy, że nasz zasobny we wszystkie bogactwa kraj przy tej złodziejskiej władzy, która kradnie setki miliardów dolarów za sprzedawane światu ropę i gaz, będzie się cofać, a my nie zrealizujemy naszych ambicji. Dopóki to się nie zmieni, będziemy wychodzić na ulice - dodał Pietruniaka, zagłuszany przez tłum skandujący: "Putin złodziej, Putin won!".
W rezolucji przyjętej na wiecu opozycjoniści powtórzyli postulaty poprzednich manifestacji - przede wszystkim powtórzenia wyborów parlamentarnych i natychmiastowego zdymisjonowania szefa Centralnej Komisji Wyborczej Władimira Czurowa. Nowym jest żądanie zarejestrowanie Grigorija Jawlińskiego jako kandydata na prezydenta, bo CKW zakwestionowała część z ponad 2 mln podpisów Rosjan popierających jego kandydaturę i nie pozwoliła przywódcy Jabłoka stanąć do walki o Kreml.
W tym samym czasie, kiedy opozycjoniści przyszli na Plac Błotny, na Pokłonnej Górze na zachodzie Moskwy rozpoczął się proputinowski wiec pod hasłem "Mamy coś do stracenia". Jego przesłaniem była teza, że pod trwającymi od 12 lat rządami Putina sytuacja w Rosji się poprawiła, ludziom żyje się lepiej i jedyną gwarancją zachowania tego dorobku jest powrót premiera na stanowisko prezydenta.
Spory o to, ilu ludzi wzięło udział i w tym wiecu, potrwają pewnie długo. Sam Putin mówił, że było ich 190 tys. Opozycjoniści zapewniają, że najwyżej 35 tys. MSW z kolei podaje liczbę 130 tys. i tym razem chyba nie jest dalekie od prawdy - na Pokłonnej Górze było zapewne ok. 100 tys. osób.
Aby podkreślić swój sukces, władze ogłosiły, że ukarzą organizatorów manifestacji za zbyt dużą liczbę uczestników wiecu, bo mieli pozwolenie na zgromadzenie tylko 15 tys. demonstrantów. Z pomocą pospieszył sam Putin, ogłaszając, że opłaci przynajmniej część grzywny.
Opozycjoniści dowodzą, że do udziału w wiecu zmuszano pracowników instytucji komunalnych i państwowych groźbą zwolnienia z
pracy albo kuszono ich premiami czy obietnicą dodatkowych dni wolnych. Wielu uczestników manifestacji przyznawało się dziennikarzom, że przyszli, bo im kazano - np. moskiewska poczta dostała nakaz przysłania tysiąca pracowników. Byli jednak na wiecu i tacy, którzy deklarowali, że przyszli z własnej woli, bo szczerze popierają premiera i chcą, by znów był prezydentem.
Przemawiający z trybuny straszyli opozycją, która jest kierowana przez Amerykanów i dąży do wzniecenia wojny domowej. Znany komentator telewizyjny Maksim Szewczenko wzywał zgromadzonych, by bronili ojczyzny przed "pomarańczową dżumą", nawiązując do pomarańczowej rewolucji z 2004 r. w Kijowie przeciwko sfałszowanym na rzecz Wiktora Janukowycza wyborom prezydenckim (w powtórce wygrał Wiktor Juszczenko). Sam Putin nazwał opozycjonistów z Błotnego "oranżystami".
Pismo nosem wyczuli przywódcy "opozycyjnych" partii w Dumie: komunistów, nacjonalistów i socjaldemokratycznej Sprawiedliwej Rosji. Wybierali się oni na wiec na Błotnym, ale potem doszli do wniosku, że zjawiać się tam nie należy.
Prawdziwa opozycja zaczyna mieć realne problemy. Członkowie złożonej z artystów, działaczy społecznych i dziennikarzy Ligi Wyborców, organizującej obserwację wyborów prezydenckich, nie mogą wybrać się w planowaną podróż agitacyjną po Rosji, bo koleje państwowe odmówiły im wynajęcia wagonów.
Za "Gołos" ("Głos"), organizację zajmującą się obserwowaniem wyborów, zabrał się zaś Komitet Śledczy. Jak ogłosił jego rzecznik, przeciwko "Gołosowi" wszczęto postępowanie, bo nagrania
wideo pokazujące przypadki złamania prawa podczas wyborów do Dumy były - według śledczych - zmontowane. Innym grzechem organizacji jest to, że swoje filmiki umieściła na "serwerach znajdujących się w Kalifornii".
"Gołos" rzeczywiście pokazał swoje filmiki w serwisie YouTube, ale robi tak mnóstwo Rosjan z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem na czele.