- Liczba chorych jest przerażająca, ponieważ rocznie notujemy najwyżej kilkadziesiąt takich przypadków - mówił Reinhard Burger, szef Instytutu im. Roberta Kocha, renomowanej placówki badawczej zajmującej się m.in. infekcjami.
We wtorek rano w szpitalach w całych Niemczech zanotowano 80 ciężkich przypadków zatrucia pokarmowego, które doprowadziło do upośledzenia pracy nerek i uszkodzenia krwinek. Wieczorem ciężko chorych było już 140, ich liczba ciągle rosła, a trzy zakażone osoby zmarły. Przez szpitale przewinęły się setki pacjentów z lekkimi objawami, a dwie trzecie ofiar epidemii to kobiety.
- Takiej fali zachorowań na zatrucie pokarmowe jeszcze w Niemczech nie widzieliśmy - mówi Werner Solbach, mikrobiolog z kliniki uniwersyteckiej w Kilonii w Szlezwiku-Holsztynie. Tylko tam zanotowano 100 infekcji, w tym kilkanaście poważnych.
Niemieccy epidemiolodzy szybko zidentyfikowali sprawcę: to jeden ze szczepów Escherichia coli, czyli pałeczki okrężnicy. Niegroźna wersja bakterii żyje w jelicie grubym każdego człowieka, gdzie m.in. pomaga produkować witaminę B. Ale gdy dostanie się do krwiobiegu, potrafi być niebezpieczna.
Niemcy gorączkowo szukają odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że pałeczki zaatakowały aż tylu ludzi.
Setki laborantów badało wczoraj próbki żywności z miejsc, gdzie jedli chorzy. Na celowniku służb sanitarnych znalazły się gotowe sałatki - najprawdopodobniej warzywa użyte do ich przygotowania zostały spryskane wodą z szamba, która zawierała niebezpieczne bakterie.
Najwięcej skażonych sałatek trafiło do stołówki w siedzibie jednej z korporacji finansowych we Frankfurcie nad Menem - zachorowało 19 pracowników. Nie wiadomo jednak, gdzie doszło do skażenia. Wiadomo jednak, że gdzieś w Niemczech musi być wielkie źródło bakterii, bo w przeciwnym wypadku epidemia nie rozprzestrzeniałaby się tak gwałtownie.
Instytut im. Kocha ostrzegł w środę wieczorem przed spożywaniem sałaty, ogórków i surowych pomidorów z północy kraju.
Eksperci apelują, by nie wpadać w panikę. Telewizja i portale internetowe od dwóch dni uspokajają, że pałeczki to nie zabójcze wirusy ebola. Nie można się nią zarazić od drugiego człowieka, a by uniknąć zakażenia, wystarczy myć ręce i warzywa przed spożyciem. Radzą też, by surowych warzyw na wszelki wypadek nie podawać dzieciom, bo ich organizmy gorzej sobie radzą z infekcją.
Niemcy reagują spokojnie. - Epidemia świńskiej grypy z 2009 r. czegoś nas nauczyła. Ludzie wiedzą, że w przypadku bakterii i wirusów najbardziej niebezpieczne jest wpadanie w histerię - komentuje "Die Welt".
Ale bliscy histerii są rolnicy, których epidemiolodzy podejrzewają o spowodowanie epidemii. - Nikt przy zdrowych zmysłach nie podlewałby gnojówką warzyw - przekonują działacze stowarzyszeń rolniczych. Hodowcy boją się teraz, że w obawie przed epidemią Niemcy przestaną kupować warzywa, co w połączeniu z suszą może doprowadzić wielu rolników do ruiny.
W obronę dobrego imienia branży włączyła się federalna minister rolnictwa i konsumentów Ilse Aigner. Przyznaje, że epidemia jest niepokojąca, ale zapewnia, że niemieckie warzywa są bezpieczne.