Na liście poszukiwanych nazistowskich zbrodniarzy przygotowanej przez Centrum im. Szymona Wiesenthala Kunz figurował na pozycji trzeciej.
Ten urodzony na Powołżu potomek niemieckich osadników, w 1941 r. jako żołnierz Armii Czerwonej dostał się do niemieckiej niewoli. Zgłosił się wówczas na ochotnika do SS i po przeszkoleniu w obozie w Trawnikach, już jako podoficer, został nadzorcą strażników w obozie zagłady w Bełżcu. W 1942 r. w komorze gazowej zginęło tam 600 tys. polskich Żydów.
Po wojnie Kunz dostał obywatelstwo RFN i pół wieku pracował jako urzędnik w ministerstwie budownictwa. Występował jako świadek w kilku procesach nazistów, ale nigdy nie został oskarżony o zbrodnie. A musiał je popełnić, bo to obozowi strażnicy znęcali się nad więźniami i prowadzili ich do komory gazowej.
O historii Kunza "Gazeta" pisała w marcu, gdy okazało się, że 87-latek ma występować jako świadek oskarżenia na procesie Johna Demianiuka, strażnika z Sobiboru oskarżonego o współudział w morderstwie setek tysięcy Żydów. Pytaliśmy wówczas niemieckich prokuratorów, dlaczego, skoro Demianiuk siedzi w areszcie, Kunz spokojnie żyje we własnym domu pod Bonn.
Prokuratura w Dortmundzie, która zajmuje się zbrodniami nazistowskimi, zapewniała wówczas, że Kunza dosięgnie sprawiedliwość, bo przygotowywany jest przeciwko niemu akt oskarżenia. Kunzowi latem przedstawiono zarzuty, ale rozpoczęcia procesu nie doczekał. Zmarł we własnym domu 18 listopada, w poniedziałek sąd wydał w tej sprawie komunikat.
Gdy w marcu pytaliśmy go, czy czuje się winny, odmówił odpowiedzi. - Szkoda. Straciliśmy szansę, by przypomnieć światu o ludobójstwie Żydów w obozach zagłady takich jak Bełżec - mówi Andreas Brendel, prokurator z Dortmundu. - Dobrze, że go w ogóle oskarżono - dodaje Efraim Zuroff z Centrum im. Wiesenthala.
Źródło: Gazeta Wyborcza