W Sprockhövel, 25-tysięcznym miasteczku na obrzeżach Zagłębia Ruhry, urzędnicy ściągają pieniądze już z czterech przybytków rozpusty. Wyliczyli, że nocne kluby wpłacą do kasy miasta 15 tys. euro rocznie.
Suma może nie powala, ale dla Sprockhövel liczy się każde euro. W miejskim budżecie brakuje 4 mln euro, a długi miasta sięgają 80 mln. Miasto, podobnie jak całe Zagłębie Ruhry, niegdyś żyło z górnictwa, teraz podupadło. Większość gmin Zagłębia jest tak zadłużona, że nie jest w stanie wyjść na prostą bez pomocy państwa.
W dołku są jednak całe
Niemcy. Przez światowy kryzys ich gospodarka skurczyła się o rekordowe 5 proc., kraj pogrążył się w rekordowych długach. Pozostawione samym sobie miasta muszą więc kombinować.
- Chcieliśmy opodatkować nasze
domy publiczne od stycznia, ale okazało się, że potrzebujemy zgody MSW całego landu - tłumaczy Stephan Sturm odpowiedzialny za miejskie finanse w Sprockhövel.
W kolejce po zgodę ministerstwa na opodatkowanie prostytucji ustawiło się kilkanaście sąsiednich gmin - w tym wielkie: Duisburg, Essen i Oberhausen. Według mediów zgodę dostaną. O sekspodatku myślą także w Hamburgu i położonej w katolickiej Bawarii Norymberdze.
- Musimy zaoszczędzić 45 mln euro. Miasto zwalnia pracowników, rozstawia na drogach radary, wprowadza bilety do miejskiego zoo i podwyższa podatek od psów. Ale na samych prostytutkach zarobimy 200 tys. euro - tłumaczy magistrat w Oberhausen.
Władze Duisburga rozszerzyły rejestr usług o kategorię "usługi seksualne". Oprócz kilkunastu klubów nocnych umieściło na niej 20 barów i saun, w których można skorzystać z usług prostytutek. Do tego dochodzą też kluby dla nudystów i par, które wymieniają się partnerami.
Za każde 10 m kw. powierzchni właściciele będą musieli zapłacić 60 euro miesięcznego podatku. Panie, które przyjmują klientów w samochodach czy prywatnych mieszkaniach (w mieście działa ich 200), mają płacić 6 euro ryczałtu za dzień pracy. Miasto wyliczyło nawet, że prostytutka pracuje 25 dni w miesiącu. W sumie Duisburg na nowym podatku ma zarabiać pół miliona euro.
To jednak i tak mało w porównaniu z sąsiednią Kolonią, która była w tej sprawie pionierem. Już sześć lat temu tamtejsze władze zdecydowały, że prostytutka miesięcznie ma wpłacać do kasy 150 euro. W 2006 r. Kolonia zebrała w ten sposób 1,2 mln euro, jednak w zeszłym roku usługi seksualne dotknął kryzys i miasto zarobiło jedynie 800 tys.
Władze miasta twierdzą, że i tak się to opłaca. - Możemy kontrolować ten proceder. Prostytutki często pokazują naszym urzędnikom zaświadczenia lekarskie, że były chore i nie pracowały cały miesiąc, więc przysługuje im obniżka podatku. To znaczy, że pogodziły się z tym, że muszą dokładać się do wspólnej kasy - mówi Josef-Reiner Franzen, odpowiedzialny w Kolonii m.in. za pobór sekspodatku.
O dziwo, pomysły lokalnych polityków mało kogo oburzają. W Niemczech prostytucja jest legalna, podobnie jak domy publiczne, których właściciele prześcigają się w walce o klientów. Konkurencja jest tak duża, że w niektórych miastach powstają nawet domy publiczne typu "flat rate" - gdzie za usługi płaci się raz, przy wejściu.
Duże domy publiczne mają nawet swoje działy PR i chętnie sypią groszem na przedsięwzięcia charytatywne. Ale do miejskiej kasy płacić nie chcą i zapowiadają walkę z podatkiem od seksu na sali sądowej. - To absolutne bezprawie. Chcą łatać swoje budżety naszym kosztem - mówi "Bildowi" Ulla Oberender, właścicielka domu publicznego z Zagłębia Ruhry.