- Odchodzę, bo straciłam autorytet. Przepraszam wszystkich, których zawiodłam - oświadczyła wczoraj biskup Kässmann. jej słowa były dla dziennikarzy zupełnym zaskoczeniem, bo jeszcze wczoraj murem stali za nią kościelni dostojnicy. Na duchu wspierała ją też chadecka kanclerz
Angela Merkel. Kässmann najwidoczniej uznała, że to nie wystarcza. Wczoraj zapowiedziała też, że rezygnuje z funkcji zwierzchnika kościoła ewangelickiego w Dolnej Saksonii.
To efekt wydarzeń, które miały miesiące w zeszłą sobotę nad ranem, w centrum Hanoweru. Policja zatrzymała volkswagena phaetona, który przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle. Za kierownica siedziała Kässmann, która jak się później okazało miała półtora promila alkoholu we krwi. Przedwczoraj o sprawie napisał "Bild" i awantura wybuchła na całe
Niemcy.
To koniec błyskotliwej kariery Margot Kässmann. Pani biskup uchodziła do tej pory za jednego z najwybitniejszych ludzi niemieckiego kościoła i zarazem niekwestionowany autorytet moralny. Apelowała do wiernych, by wrócili do wartości i do Biblii oraz zwalczała powszechny w Niemczech konsumpcjonizm. Jednocześnie domagała się jednak, by
Kościół dostosował się do nowych czasów. Zwracała uwagę na ekumenizm i rolę kobiet w kościele. Gdy pod koniec października zeszłego roku synod biskupów ewangelickich wybrał ja na zwierzchnika Kościoła, uznano to za zapowiedź gruntownych zmian. Kässmann, nie dość, że wychowała 4 dzieci, to na dodatek od kilku lat jest rozwódką.
Właśnie dlatego, gdy "Bild" ujawnił co działo się feralnej sobotniej nocy, przez Niemcy przeszedł jęk zawodu. Prasa wprawdzie wstrzymała się z ostrym atakiem na biskup, tym bardziej, że ta biła się w pierś i zapowiedziała, że podda się karze. Ale za Odrą coraz głośniej słychać było pytanie, czy wielki autorytet moralny może pijany wsiadać za kierownicę? Nawet Kässmann uznała, że nie. Duchowna zapowiada, że będzie pracować teraz jako zwykła pastor. - Nie można upaść niżej niż w Boże ręce - oświadczyła.