To będzie niemiecki proces roku i zapewne ostatni wielki proces nazistowskiego zbrodniarza. Na pierwszą rozprawę Demianiuka, pochodzącego z Ukrainy byłego strażnika w obozach m.in. w Sobiborze, Treblince i na Majdanku, akredytowało się prawie 400 dziennikarzy.
Jest jasne, że wszyscy nie wejdą na salę rozpraw, tym bardziej że oprócz oskarżonego musi się na niej znaleźć miejsce dla oskarżycieli posiłkowych. Powołano ich ponad 40, czyli więcej niż podczas największego procesu karnego w RFN - procesu załogi KL Auschwitz w latach 60. Zresztą sąd nie wyklucza, że powoła następnych oskarżycieli posiłkowych. To krewni żydowskich ofiar Sobiboru, a także kilku ocalałych więźniów obozu, m.in. pochodzący z Izbicy Tomasz Blatt, uczestnik powstania w obozie Sobiborze w 1943 r. Większość z nich chce śledzić proces na miejscu.
Niemiecka prokuratura zarzuca Demianiukowi, że jako strażnik w tym właśnie kacecie wziął udział w zamordowaniu prawie 28 tys. Żydów. Wczoraj okazało się, że lista zarzutów się wydłużyła o jeszcze jedno morderstwo. Tuż po wojnie w Ulm w zachodnich Niemczech Demianiuk z premedytacją potrącił
samochodem Żyda, który zmarł wkrótce po wypadku. Grozi mu dożywocie.
Jeśli niemieckim sędziom udałoby się skazać byłego strażnika, byłby to koniec trwającej ponad 30 lat batalii sądowej. Pod koniec lat 70. pod adresem Demianiuka padły pierwsze oskarżenia o to, że był "Iwanem Groźnym", sadystycznym operatorem komór gazowych w obozie w Treblince. Demianiuk mieszkał wówczas od ćwierćwiecza w
USA. Amerykanie pozbawili go obywatelstwa i deportowali go do Izraela, gdzie w 1988 r. skazano go za zbrodnie na śmierć. Pięć lat później izraelski sąd najwyższy uchylił jednak wyrok i kazał go odesłać do USA. Sędziowie stwierdzili, że choć Demianiuk od 1942 r. służył jako strażnik w niemieckich kacetach, nie można udowodnić, że był "Iwanem Groźnym".
Amerykanie jednak nie odpuścili. Wszczęli na nowo procedury i po długiej batalii prawnej wiosną tego roku deportowali go do Niemiec.
Ulrich Busch, obrońca Demianiuka, zapowiada walkę. Gdy Demianiuka deportowano do Niemiec, usiłował nie dopuścić, by proces w ogóle się rozpoczął. Teraz chce podważyć przed sądem akt oskarżenia. Zapewne zacznie od zakwestionowania prawa Niemców do rozliczania byłego strażnika. Sobibór znajdował się w końcu w okupowanej Polsce, a spora część jego ofiar to polscy obywatele. Tymczasem Warszawa nie chciała Demianiuka sądzić, choć zabiegali o to Amerykanie. Prokuratorzy odpowiedzą zapewne, że w Sobiborze zagazowano jednak też Żydów z Niemiec.
W akcie oskarżenia piszą o Demianiuku, że jako strażnik "działał w imieniu państwa niemieckiego". Obrońca przekonuje jednak, że Demianiuk był tylko sowieckim jeńcem wojennym. Gdyby nie zgodził się pracować w obozie, zostałby przez Niemców zabity. Śmierć groziłaby mu też za dezercję. Według niemieckich mediów Busche może też próbować udowadniać, że czyny Demianiuka osądzono już w Izraelu i powtórny proces w Niemczech jest niezgodny z prawem, bo za to samo nie można sądzić dwa razy.
Niemieckie media uważają, że proces będzie wyścigiem z czasem, bo oskarżony może umrzeć w jego trakcie. Według obrońcy, który powołuje się na lekarzy, choremu m.in. na białaczkę Demianiukowi zostało góra 11 miesięcy życia. Właśnie tyle proces ma potrwać. Niemieccy biegli uznali jednak, że Demianiuk, mimo że jest ciężko chory, może brać w nim udział, choć na sali rozpraw może spędzić jedynie 3 godz. dziennie.