Według "Rheinische Post"
Angela Merkel ma już dwóch kandydatów, którzy zastąpiliby Wulffa na stanowisku głowy państwa. To efekt nieudanej próby zatuszowania ciągnącego się od świąt skandalu związanego z półmilionowym kredytem zaciągniętym przezeń pięć lat temu u jednego z biznesmenów z Dolnej Saksonii (był wówczas jej premierem). Pożyczkę tę zataił przed lokalnym parlamentem, a gdy miesiąc temu sprawę odkryli dziennikarze "Bilda", próbował wymóc na naczelnym tabloidu wstrzymanie publikacji. W zeszłą środę tłumaczył się z tego w wywiadzie dla telewizji publicznych, ale - zdaniem komentatorów - wypadł nieprzekonująco i arogancko.
Według przecieków z berlińskiego pałacu Bellevue, gdzie urzędują niemieccy prezydenci, miałby go zastąpić Norbert Lammert, obecny przewodniczący Bundestagu, bądź Klaus Töpfer, były minister środowiska w rządzie Helmuta Kohla, a potem dyrektor wykonawczy programu ochrony środowiska ONZ. Obydwaj cieszą się w Niemczech sporym szacunkiem.
Przedstawiciele chadecji doniesienia te zdecydowanie dementują. Sam Wulff jeszcze w zeszłym tygodniu oświadczył, że nie zamierza rezygnować. Angela Merkel w sprawie przyszłości prezydenta milczy jak zaklęta.
Ale przywódca opozycyjnej SPD Sigmar Gabriel o zmianie głowy państwa mówi bez ogródek. W niedzielę zaproponował, że chadecja i socjaldemokraci po nieuchronnej rezygnacji Wulffa powinni wystawić wspólnego kandydata na prezydenta. Wcześniej prasa spekulowała, że mógłby nim być Joachim Gauck, były enerdowski dysydent i pierwszy szef Urzędu ds. Akt Stasi, który przeprowadza w Niemczech lustrację. W 2010 r. ubiegał się o prezydenturę, ale przegrał z Wulffem.
Gabriel zapewnia też kanclerz Merkel, że nie będzie wykorzystywał sytuacji, by ją pogrążać. Ale wcześniej z SPD dochodziły sygnały, że po rezygnacji prezydenta trzeba przyspieszyć planowane na jesień przyszłego roku wybory do Bundestagu.
Sam Wulff jednak nie zamierza odchodzić. Dobitnie powiedział to w środę w telewizji, a powtórzył w piątek na przyjęciu noworocznym dla najbliższych współpracowników. Jego zdaniem rezygnacja osłabiłaby urząd prezydencki, któremu już i tak zaszkodził Horst Köhler, który niespodziewanie "rzucił prezydencki ręcznik na ring" w maju 2010 r. - Sprawa się rozmyje. Za rok nikt o tym nie będzie pamiętać - oświadczył. Jego przyboczni przygotowują mu terminarz na 2012 r. Głównym punktem ma być spotkanie z rodzinami kilkunastu ofiar neonazistowskiej organizacji terrorystycznej z Zwickau, którą
policja rozbiła jesienią zeszłego roku.
Tymczasem w sobotę przed prezydencką rezydencją demonstrowało 300 osób. Demonstranci krzyczeli: "Wulff musi odejść!", a w rękach trzymali buty. To aluzja do protestów w krajach arabskich, gdzie rzucenie w kogoś butem jest oznaką najwyższej pogardy.