http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bagno prezydenta RFN

Bartosz T. Wieliński
2012-01-04, ostatnia aktualizacja 2012-01-04 21:44

Czy po ujawnieniu skrywanych związków z biznesmenami i groźbach pod adresem dziennikarzy Christian Wulff może być jeszcze prezydentem Niemiec? - Nie zamierzam odchodzić - mówi w wywiadzie dla telewizji ARD i ZDF

Prezydent Christian Wulff w drodze na wczorajszy wywiad dla telewizji ARD i ZDF
Fot. THOMAS PETER REUTERS
Prezydent Christian Wulff w drodze na wczorajszy wywiad dla telewizji ARD i ZDF
SERWISY
W nadanym wczoraj wieczorem półgodzinnym wywiadzie Wulff tłumaczył się z ciągnącej się od dwóch tygodni serii skandali z jego udziałem. - Nie wszystko zrobiłem dobrze, ale nie złamałem prawa. Biorę na siebie odpowiedzialność - mówił niemiecki prezydent. Zapewniał, że nawet nie pomyślał o rezygnacji. - Wziąłem odpowiedzialność za urząd na pięcioletnią kadencję. Ciągle się uczę, moja przeprowadzka do Berlina nastąpiła nagle - mówił, przypominając, że prezydentem został w 2010 r. po niespodziewanej rezygnacji Horsta Köhlera. Wizytę Wulffa w telewizyjnym studiu media oceniły jako desperacką próbę wyjścia z kryzysu, który może zakończyć błyskotliwą karierę polityka. Głosy o tym, że prezydent powinien odejść w ostatnich dniach, słychać w Niemczech coraz częściej, nawet z kręgów jego partii - CDU. Na Facebooku grupy, które domagają się jego odejścia, mnożą się jak grzyby po deszczu.

Nie chodzi tylko o to, że Wulff w 2008 r. pożyczył od biznesmena Egona Geerkensa i jego żony pół miliona euro na zakup domu pod Hanowerem, a rok później nie wspomniał o tym dociekliwym posłom landtagu. O sprawie przed Bożym Narodzeniem napisał "Bild", uruchamiając w ten sposób lawinę.

Przy okazji wyszło bowiem na jaw, że Wulff tkwił po uszy w "hanowerskim bagnie". Tak media opisują sieć powiązań między polityką a biznesem, która funkcjonuje w stolicy Dolnej Saksonii od lat 90., czyli czasów, gdy landem rządził późniejszy socjaldemokratyczny kanclerz Gerhard Schröder.

Gdy przed lokalnymi wyborami w 2008 r. Wulff wydał książkę pt. "Lepiej [mówić] prawdę", za jej reklamę w prasie płacił Carsten Maschmeyer, miliarder i założyciel koncernu AWD, który zajmował się sprzedażą usług finansowych. Na proponowanych przez koncern inwestycjach przejechało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Gdy dwa lata temu Wulff leciał na Florydę spędzić święta w willi Geerkensów, bilety w biznesklasie fundował mu szef ówczesnych prywatnych linii lotniczych Air Berlin Joachim Hunold.

Rok później, gdy politycy opozycji i dziennikarze zaczynali węszyć wokół kredytu udzielonego przez Geerkensów, Wulff spłacił biznesmena dzięki pieniądzom, które na równie korzystnych warunkach pożyczył mu landowy bank Badenii-Wirtembergii powiązany z koncernem samochodowym Porsche. Niemiecka prasa podejrzewa, że Wulff mógł dostać kredyt, bo w 2009 r. uratował Porsche przed plajtą. Dzięki jego pośrednictwu w upadającego producenta samochodów sportowych zainwestował koncern Volkswagen, w którym land Dolna Saksonia ma 20 proc. udziałów. Wulff wczoraj przepraszał, że zataił informacje o swoim kredycie, ale powtarzał, że nie złamał prawa. - Nie chciałbym być prezydentem kraju, w którym przyjaciele nie mogą pożyczać sobie pieniędzy - mówił. Wcześniej jeden ze znanych prawników radził mu, aby sam złożył na siebie doniesienie i w ten sposób się oczyścił. Nawet gdyby prezydent posłuchał tej rady, to szkody są nieodwracalne. Gdy w 2010 r. obejmował urząd, prasa pisała o nim, że jest najbardziej kryształowym niemieckim politykiem. Niemieckie matki najchętniej wymieniały go jako kandydata na zięcia. Teraz ten mit prysł.

Opinię publiczną najbardziej oburzyło to, że Wulff przed świętami zadzwonił do naczelnego "Bilda" i groźbami próbował zablokować publikację materiału o jego kredycie. Sprawę media ujawniły na początku tygodnia. Podobną rozmowę prezydent odbył z prezesem koncernu Axel Springer, który wydaje "Bilda", a także z jego większościową akcjonariuszką. Przy okazji okazało się, że nie był to pierwszy taki przypadek. Rok temu groźbami Wulff próbował zakneblować dziennikarzy "Die Welt", którzy chcieli pisać o jego przyrodniej siostrze, do której prezydent się nie przyznawał. - To był poważny błąd, którego żałuję. Będę musiał ułożyć sobie stosunki z mediami na nowo - mówił Wulff w wywiadzie. Twierdził jednak, że chciał tylko przesunąć publikację artykułu "Bilda" o jeden dzień. Dziennikarzom zarzucił też, że naruszyli jego prywatność, do której nawet jako prezydent ma prawo.

- Ustylizował się na ofiarę. To odważne, ale może uda mu się wyjść z tego cało - komentował w internecie jeden z publicystów "Spiegla". W środę rano niemiecka prasa była dla prezydenta bezlitosna. "Wulff nie dorósł do tego urzędu" - pisał liberalny dziennik "Süddeutsche Zeitung". Prawicowy "Die Welt" dodawał, że prezydent nie sprostał standardom wyznaczonym przez jego poprzedników, a prasa na prowincji porównywała go do byłego włoskiego premiera Silvia Berlusconiego.

W Niemczech prezydent pełni głównie funkcje reprezentacyjne, a o jego sile świadczy autorytet i publiczna wiarygodność. Niemieccy komentatorzy twierdzą, że niezależnie od tego, jak zostaną przyjęte jego wyjaśnienia, Wulff bezpowrotnie stracił jedno i drugie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':