http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niebezpieczne związki prezydenta Niemiec

Bartosz T. Wieliński
2011-12-20, ostatnia aktualizacja 2011-12-19 22:14

Od wpływowych biznesmenów najlepiej trzymać się z daleka. A już absolutnie nie powinno się pożyczać od nich pieniędzy - na własnej skórze przekonuje się o tym niemiecki prezydent Christian Wulff

Prezydent Niemiec Christian Wulff
Fot. Michael Sohn AP
Prezydent Niemiec Christian Wulff
SERWISY
- Czy Wulff jeszcze nadaje się na prezydenta? - pytał w niedzielę Günter Jauch prowadzący za Odrą jeden z najważniejszych politycznych talk-show. Podobne pytanie od tygodnia zadają sobie publicyści i politycy jak Niemcy długie i szerokie.

Jeszcze nie słychać wezwań, by Wulff złożył urząd. Jest jednak jasne, że jego reputacja mocno ucierpiała. Choć przeprasza i dopuszcza dziennikarzy do prywatnych dokumentów, szkód być może nie da się już naprawić. Tygodnik "Der Spiegel" w najnowszym numerze krzyczy na czołówce, że Wulff jest "niewłaściwym prezydentem".

A wszystko przez pół miliona euro. Taką kwotę w 2008 r. Wulff - będąc premierem Dolnej Saksonii - pożyczył od rodziny znanego biznesmena Egona Geerkensa (dorobił się milionów na handlu używanymi samochodami i biżuterią). Kupił za nie dom, w którym zamieszkał z nową żoną Bettiną, obecną pierwszą damą RFN. Oprocentowany na zaledwie 4 proc. kredyt miał spłacić w ciągu pięciu lat.

Dwa lata później o związki z biznesmenem zaczęli dopytywać się Zieloni zasiadający w dolnosaksońskim landtagu; wystosowali w tej sprawie interpelację. Wullf odparł, że z biznesmenem łączy go jedynie prywatna znajomość. O kredycie nie wspomniał.

W zeszłym tygodniu tabloid "Bild" wyciągnął pożyczkę na światło dzienne, sugerując, że prezydent okłamał parlament.

Otoczenie Wullfa zaprzeczało, twierdząc, że nie pożyczał on pieniędzy od biznesmena, tylko od jego żony. Tłumaczenie nikogo nie przekonało, tym bardziej że zaprzeczył mu sam Geerkens. A prasa przypomniała, że Wulff zabierał go w podróże zagraniczne, m.in. do Chin, i niewykluczone, że w ten sposób rewanżował się za nisko oprocentowany kredyt. Co więcej kilka razy spędzał z żoną święta w willi Geerkensa na Florydzie.

Prezydent, za którym murem stanęła kanclerz Merkel, już w zeszły czwartek przeprosił za milczenie na temat swoich zobowiązań. Pokazał dziennikarzom umowę kredytową; ażeby przeciąć spekulacje, upublicznił też listę sześciu znanych biznesmenów, u których spędzał urlopy.

Ale krytyka pod jego adresem nie cichnie. - Musi wyjaśnić każdą wątpliwą kwestię - żądają politycy opozycyjnej SPD i Zielonych. Opozycja chce też jasnej opinii ekspertów, czy Wulff faktycznie złamał prawo, czy nie. Jeśli tak, powinien ustąpić.

On sam uparcie twierdzi, że jest czysty i nie zamierza odchodzić.

Bez względu na to, czy Wulff złamał prawo, czy nie, jego rodacy czują się rozczarowani. Po pierwsze dlatego, że prezydent, który od lat budował wizerunek do bólu uczciwego polityka, wszedł w niejasne układy ze światem biznesu. Poza tym wypomina mu się również, że rozmawia z opinią publiczną przez rzecznika i adwokatów, którzy udostępniają dziennikarzom jego dokumenty. Choć nieustannie podróżuje po kraju, za sprawę przepraszał w internecie, a nie osobiście.

Media porównują Wulffa z jego poprzednikiem Johannesem Rauem, który urzędował w latach 1999-2004. Jego z kolei oskarżano o opłacanie z kasy banku landowego kosztów kampanii wyborczych, z czasów gdy był premierem Nadrenii Północnej Westfalii. Do obrony Rau zaangażował tych samych prawników co teraz Wulff i wyszedł ze skandalu obronną ręką.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':