http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Liban: Hezbollah zamiast wojny

Marta Kazimierczyk
2008-05-23, ostatnia aktualizacja 2008-05-22 17:02

Bojąc się nowej wojny domowej, prozachodni rząd ugina się przed proirańskim Hezbollahem

12 maja. Bojownicy prorządowych milicji w czasie walk z Hezbollahem w libańskim Trypolisie
Fot. Nasser Nasser AP
12 maja. Bojownicy prorządowych milicji w czasie walk z Hezbollahem w libańskim...
Ekskluzywne sklepy, nocne kluby, elegancko ubrane kobiety. Centrum Bejrutu wygląda jak europejskie czy amerykańskie miasto, nic dziwnego, że przez lata Liban był nazywany Szwajcarią lub Paryżem Bliskiego Wschodu.

Jest tylko jedna różnica - tutaj nawet w czasie pokoju na każdym kroku widać czołgi, zasieki i żołnierzy. Bo Liban to nie tylko najbardziej demokratyczny kraj arabski, to też prawdziwa polityczno-religijna beczka prochu.

Od dwóch tygodni dochodziły stamtąd niepokojące wiadomości. Hezbollah na kilka dni przejął kontrolę nad Bejrutem, przerażeni cudzoziemcy uciekli do Syrii i na Cypr, w górach Druzowie starli się z opozycją, w Trypolisie sunnici z szyitami, a armia zagroziła zbrojną interwencją. W walkach w całym kraju zginęło kilkadziesiąt osób.

Przyczyną zamieszek było to, że prozachodni rząd Fuada Siniory, który do tej pory bezczynnie przyglądał się potężniejącemu z dnia na dzień Hezbollahowi, nagle desperacko spróbował mu się postawić. A sponsorowany przez Iran i wspierany przez Syrię Hezbollah pokazał, że stawiać mu się nie wolno.

Zaczęło się w środę 7 maja. Rząd ogłosił, że zwalnia Wafika Szukajriego, znanego z sympatii do Hezbollahu szefa ochrony bejruckiego lotniska, jedynego poza granicą z Syrią libańskiego okna na świat.

Rząd zdelegalizował też gigantyczną sieć telefoniczną Hezbollahu, która zabezpiecza go przed podsłuchami.

Dlaczego rząd, który do tej pory to tolerował, nagle zmienił zdanie? Może dlatego, że Hezbollah od końca wojny z Izraelem w 2006 r., nic sobie nie robiąc z rezolucji ONZ nakazujących mu rozbrojenie, gromadzi broń, a jego przywódca, charyzmatyczny szejk Hasan Nasrallah chwalił się w telewizji Dubaj, że ma kilkadziesiąt tysięcy rakiet.

A może dlatego, że zbliża się termin powołania kolejnej komisji ONZ mającej wyjaśnić sprawę śmierci byłego libańskiego premiera Rafika al Haririego i rząd chciał dodać rozgłosu zapomnianej nieco sprawie.

Co zostało z rewolucji?

"Przysięgam na Wszechmogącego Boga, że muzułmanie i chrześcijanie na wieki pozostaną zjednoczeni, broniąc Libanu i jego chwały. Żyjcie i niech żyje Liban!" - wołał 14 marca 2005 r. do setek tysięcy rodaków polityk i dziennikarz Dżibran Twajni. Tak zaczęła się "cedrowa rewolucja".

Miesiąc wcześniej w zamachu w centrum Bejrutu zginął Rafik al Hariri. Rozwścieczeni Libańczycy, którzy oskarżyli o jego śmierć Syrię, wyszli na ulice. Pod wpływem ogromnych demonstracji i nacisków Zachodu, syryjskie wojska wyszły z Libanu, a opozycja wygrała wybory i stworzyła prozachodni rząd.

Na początku zasiedli w nim ministrowie Hezbollahu. Kiedy jednak w listopadzie 2006 r. premier poprosił ONZ o pomoc w znalezieniu zabójców Haririego, ostentacyjnie wyszli z rządu, paraliżując jego prace.

Do tego w listopadzie 2007 r. skończyła się kadencja ostatniego prezydenta, prosyryjskiego Emila Lahuda, i do tej pory nie udało się wybrać jego następcy.

Kryzys pogłębiają bomby co rusz wybuchające w różnych częściach Bejrutu. W zamachach giną politycy i dziennikarze, którzy otwarcie sprzeciwiają się mieszaniu Syrii w libańskie sprawy. W jednym z nich, dziewięć miesięcy po swoim przemówieniu, zginął Twajni.

Upokorzenie lepsze niż wojna

Jakikolwiek powód stał za ostatnimi decyzjami libańskiego premiera, bardzo się przeliczył. Reakcja Partii Boga była błyskawiczna - w ciągu jednego dnia czarno ubrani bojownicy zajęli większość Bejrutu. Do starć doszło też w Trypolisie, w Akkar i w górach Liban. Liban stanął na krawędzi wojny domowej.

Rząd, mimo szumnych deklaracji, że nie będzie negocjował z lufą przy skroni, poddał się. Najpierw za pośrednictwem armii, a później osobiście premier wycofał się z decyzji, które tak rozwścieczyły Hezbollah - Szukajr wrócił do pracy, cofnięto delegalizację telefonów.

- To naprawdę odważna decyzja leżąca w interesie libańskiego narodu - tłumaczył rzecznik rządu Gazi al Arifi, podczas gdy bojownicy Hezbollahu strzelali na wiwat na ulicach Bejrutu.

Al Arifi ma rację, bo w Libanie trzeba bardzo uważać. Wojna domowa w 1975 r. zaczęła się od incydentu między Palestyńczykami a chrześcijańską milicją. A potem już nikt nie pamiętał, od czego się zaczęło - walczyli chrześcijanie z muzułmanami, sunnici z szyitami i druzami, zwolennicy Syrii z przeciwnikami Syrii, palestyńscy fedaini ze wszystkimi. Wojna trwała 15 lat, zginęło w niej 800 tys. Libańczyków, drugie tyle uciekło z kraju. Libańskie miasta, podobnie jak jedna z najlepiej rozwiniętych arabskich gospodarek, legły w gruzach.

Tym razem, być może właśnie dzięki decyzji rządu, nie będzie wojny. Za to Hezbollah jasno pokazał prawdziwy układ sił w libańskiej polityce - nieważne, ilu ma ministrów czy posłów, Partia Boga może bezpośrednio dyktować rządowi warunki.

Hezbollah już od dawna nie jest pionkiem w rękach Iranu i Syrii, ale bogatą i świetnie zarządzaną organizacją z siecią szkół, szpitali, potężną armią i wywiadem. Cieszy się też popularnością arabskiej ulicy, dla której jest świętym symbolem skutecznej walki z Izraelem.

Dziwna zgoda narodowa

Porozumienie pomoże wybrać wreszcie nowego prezydenta, bo rząd i opozycja zgodziły się wstępnie, że powinien nim zostać szef sztabu Michel Sulejman. Problemy proceduralne, które do tej pory blokowały wybór, prawdopodobnie udało się wyjaśnić w czasie zakończonych wczoraj rozmów rządu z opozycją w Katarze.

Ustalono, że powstanie rząd "zgody narodowej", w którym zdominowana przez Hezbollah opozycja dostanie 11 z 30 ministerstw, uzyskując prawo weta we wszystkich najważniejszych decyzjach. Do tej pory rząd za nic nie chciał się zgodzić na taki układ, twierdząc, że faktycznie zablokuje to jego prace i zaprzepaści osiągnięcia cedrowej rewolucji.

Jeśli ta koalicja przetrwa, będzie to najdziwniejsza zgoda na całym Bliskim Wschodzie. Ramię w ramię Libanem rządzić będą sponsorowani przez Iran i Syrię szyici z Hezbollahu i Amalu ze wspieranymi przez Zachód ludźmi Siniory i Haririego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':