Przez ulice Prisztiny, stolicy Kosowa, płynęła wczoraj rzeka ludzi w koszulkach "Mam swój kraj" lub owiniętych w czerwone flagi z czarnym albańskim orłem. Tysiące, które zjechały z całego kraju i zagranicy, gromadziły się na głównym bulwarze Matki Teresy w oczekiwaniu na specjalną sesję parlamentu. Tuż przed godziną 16 posłowie jednogłośnie przegłosowali deklarację niepodległości. "My, przywódcy naszego narodu, demokratycznie wybrani, przez tą deklarację proklamujemy niepodległy i suwerenny kraj - Kosowo" - tak brzmiało jej najważniejsze zdanie.
Rozległy się strzały radości z pistoletów i kałasznikowów, ludzie ze szczęścia tańczyli na ulicach Prisztiny w wielkich kręgach.
Aby zrozumieć tę eksplozję radości, trzeba się cofnąć do strasznych lat 1998-99, czasu wojny między Serbami a kosowskimi Albańczykami. Świętujący wczoraj kosowscy Albańczycy jak się dało - piechotą, traktorami i wozami - uciekali wtedy przed serbskimi czystkami etnicznymi. Gdy w 1999 r. do udręczonego Kosowa wkraczały wojska NATO, niosące im ratunek, całowali szyby wojskowych samochodów.
Serbowie, których po interwencji NATO zostało w Kosowie ledwie ok. 100-200 tys., byli wczoraj załamani. Nie chcą się pogodzić z faktem, że nagle znaleźli się w obcym kraju, choć albańska większość próbuje ich uspokajać. - Zbudujemy wieloetniczne, tolerancyjne
Kosowo - mówił "Gazecie" Migjen Kelmendi, niegdyś najbardziej znany muzyk rockowy w Kosowie, a dziś redaktor naczelny gazety "Java".