Wieść o śmierci człowieka, który od 42 lat przewodzi FARC, jednej z największych, najbogatszych i najstarszych partyzanckich armii świata ogłaszano kilkanaście razy. Teraz jednak nie ma wątpliwości - wczoraj po południu potwierdziło ją dowództwo FARC.
Manuel Marulanda, z racji snajperskiej biegłości zwany "Pewnystrzał", umarł 26 marca na atak serca, osaczony w swoim niedostępnym mateczniku La Uribe pośród gór, mokradeł i nieprzebranej puszczy w departamencie Meta. Od pięciu miesięcy trwała w tym rejonie wielka operacja armii zamykania w potrzasku Marulandy i drugiego ważnego przywódcy FARC Mono Jojoya.
Mimo że 78-letni Marulanda nie zginął od bomby czy kuli, to najcięższy z ciosów, które spadły na FARC w ostatnich miesiącach. 1 marca armia dopadła i zabiła w tajnym obozie tuż za granicą ekwadorską zastępcę i zięcia Marulandy Raula Reyesa. Kilka dni później zginął inny wysoki komendant Ivan Rios, zamordowany przez podwładnych.
Marulanda był ojcem założycielem armii i jej niekwestionowanym przywódcą. Dlatego może to być początek rozpadu armii FARC, która od ponad 40 lat terroryzuje Kolumbię. Rozłam wśród terrorystów zasugerował wczoraj prezydent Alvaro Uribe. Oświadczył, że kilku ważnych dowódców zaproponowało mu oddanie się w ręce władz razem z kilkudziesięciorgiem przetrzymywanych w dżungli zakładników, w tym obywatelką Francji Ingrid Betancourt, o której uwolnienie zabiega prezydent Nicolas Sarkozy.
- Nasza odpowiedź brzmi: tak - powiedział Uribe. I obiecał, że rząd gotów jest zapłacić komendantom FARC 100 mln dol. nagrody za demobilizację i uwolnienie zakładników, a także wolność i bezpieczne schronienie za granicą, np. we Francji.
Pedro Antonio Marin, alias Manuel Marulanda, założył FARC jako komunistyczną partyzantkę w 1966 r. Zbrojną walkę zaczął jednak już w 1949 r. - rok po wybuchu wojny domowej konserwatystów i liberałów, która pochłonęła w pięć lat ponad 300 tys. ofiar. Marin stanął na czele niewielkiego oddziału samoobrony chłopów związanych z partią liberalną.
W połowie lat 60., pod wpływem zwycięskiej rewolucji kubańskiej, stworzył jednolitą armię. Niegroźna, nieliczna i lokalna partyzantka FARC urosła gwałtownie w siłę w latach 80. i 90., kiedy na masową skalę zaczęła handlować kokainą i porywać ludzi dla okupu. Stopniowo rozpełzła się po kraju i na początku XXI w. liczyła już ponad 25 tys. ludzi, terroryzując blisko 40 proc. terytorium kraju.
Źródło: Gazeta Wyborcza