http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Izrael obraził wieceprezydenta USA

Mariusz Zawadzki
2010-03-11, ostatnia aktualizacja 2010-03-10 23:34

Prawicowy rząd w Jerozolimie potrafi robić sobie wrogów: po upokorzeniu Turków i skandalu z zabójcami Mossadu teraz udało mu się wyprowadzić z równowagi wiceprezydenta USA

Joe Biden (z lewej) i palestyński premier Salam Fajjad w Betlejem w marcu 2010 r.
Fot. BERNAT ARMANGUE AP
Joe Biden (z lewej) i palestyński premier Salam Fajjad w Betlejem w marcu 2010...
Joe Biden przyleciał do Jerozolimy, by skłonić Izraelczyków i Palestyńczyków do wznowienia rozmów pokojowych. Jest najwyższym rangą amerykańskim politykiem odwiedzającym Izrael od dwóch lat, gdy był tutaj poprzedni prezydent George Bush.

Biden powiedział po przylocie, że "USA zawsze popierają tych, którzy gotowi są podjąć ryzyko w celu osiągnięcia pokoju" i wymieniał uprzejmości z premierem Beniaminem Netanjahu. Przyjemna atmosfera rozwiała się wieczorem, kiedy nagle izraelski rząd ogłosił największą w ostatnich latach inwestycję we wschodniej Jerozolimie, którą Arabowie utracili po wojnie sześciodniowej w 1967 r., ale nadal uważają za swoją.

Izrael wydał zgodę na budowę 1,6 tys. domów dla ortodoksyjnych Żydów. Wściekły Biden oświadczył natychmiast: - Potępiam tę decyzję jako jeden z tych kroków, które podkopują zaufanie, którego tak teraz potrzebujemy. Głosy potępienia nadeszły też z Europy. -To zła decyzja w fatalnym momencie - stwierdził szef brytyjskiego MSZ David Miliband. Szefowa dyplomacji UE lady Ashton mówiła nawet, że Izrael musi tę decyzję odwołać.

Premier Netanjahu zapewniał Bidena, że nie wiedział o planach wydania pozwolenia na budowę już we wtorek. Wyjaśniał, że to decyzja rutynowa i wstępna, a na ostateczną trzeba poczekać jeszcze kilka miesięcy. Jego rzecznik wyraził zaś nadzieję "na szybkie wznowienie negocjacji z Palestyńczykami", którzy kilka godzin wcześniej ogłosili, że decyzja o budowie domów we wschodniej Jerozolimie grzebie szanse na jakiekolwiek rozmowy.

W środę szef izraelskiego MSW Eli Jiszaj przeprosił za podwładnych, którzy "tą techniczną decyzją wywołali konsternację na świecie". - Gdybym wiedział, że chcą ją ogłosić wczoraj, nakazałbym odłożenie sprawy o tydzień czy dwa. Bardzo nieprzyjemne, że stało się to podczas wizyty Bidena - wyjaśniał minister.

Ale mało kto, także w Izraelu, wierzy w te wyjaśnienia. - Moment ogłoszenia decyzji nie był przypadkowy - mówił dziennikarzom były radny Jerozolimy i historyk Meir Margalit. - To wymierzony z determinacją policzek dla administracji Obamy.

Prezydent USA Barack Obama próbuje od początku niuansować politykę wobec Izraela. Kilka miesięcy temu jego wysłannik na Bliski Wschód George Mitchell publicznie zagroził Izraelowi wycofaniem gwarancji kredytowych, jeśli inicjatywy pokojowe Obamy, obecnie laureata pokojowego Nobla, będą torpedowane (dzięki amerykańskim gwarancjom Izraelowi łatwo zabiegać o kredyty na całym świecie). Takim językiem Waszyngton nie rozmawiał z Jerozolimą od dawna.

Dotyczy to zresztą nie tylko Amerykanów - od początku roku rząd Netanjahu popsuł sobie relacje już z wieloma ważnymi sojusznikami. W lutym grupa ludzi posługujących się podrobionymi paszportami Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji i Australii zamordowała w Dubaju działacza palestyńskiego Hamasu. Choć nie ma dowodu, że za atakiem stał Mossad, to Londyn, Dublin i Paryż wezwały izraelskich ambasadorów na dywanik, a zabójców poszukuje Interpol. Brytyjski premier Gordon Brown nakazał wszcząć w sprawie fałszowania paszportów śledztwo i zażądał od Jerozolimy współpracy w tej sprawie.

Z kolei w styczniu izraelski MSZ publicznie upokorzył ambasadora Turcji. Wezwano go, by zaprotestować przeciw pokazanemu w tureckiej telewizji filmowi, w którym agenci Mossadu porywają dzieci. Ambasador został posadzony na niskim fotelu, podczas gdy izraelscy dyplomaci siedzieli na wysokich kanapach. - Zauważcie, że pan ambasador siedzi niżej, w pokoju nie ma tureckiej flagi i nie uśmiechamy się - szydził wiceszef MSZ Danny Ayalon w obecności dziennikarzy i fotoreporterów.

Było to tym bardziej szokujące, że Turcja jest jednym z niewielu krajów na Bliskim Wschodzie, które mają z Izraelem poprawne relacje, a nawet współpracuje z nim militarnie. Za to zdarzenie Jerozolima przeprosiła.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 20 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów