-
Ameryka zawsze będzie z tymi, którzy w dążeniu do pokoju potrafią podejmować ryzyko - mówił Biden po spotkaniu z Beniaminem Netanjahu, który jako premier Izraela wielokrotnie pokazał, że żadnego ryzyka w imię pojednania z Palestyńczykami podejmować nie chce.
Izraelska prawica, której przewodzi Netanjahu, po pierwsze, po prostu nie chce oddawać wschodniej Jerozolimy ani części ziem okupowanych, a po drugie, uważa, że palestyński prezydent Mahmud Abbas nie jest wiarygodnym partnerem, ponieważ jego władza i autorytet są wątpliwe. Rzeczywiście - nawet gdyby Abbas podpisał pokój z Izraelczykami, zapewne nie byłby w stanie zmusić palestyńskich radykałów, by go przestrzegali. Już dziś nie jest w stanie zmusić do posłuszeństwa muzułmańskiego Hamasu od 2007 r. rządzącego Strefą Gazy.
Poprzedni premier Izraela Ehud Olmert uważał, że mimo wszystko należy zaryzykować układ z Abbasem. Netanjahu, który zmienił Olmerta rok temu, nieustannie ogłasza, że jest gotów do negocjacji, ale jednocześnie robi wszystko, by rozmowy storpedować.
Tuż przed wizytą Bidena rząd wydał zgodę na budowę kolejnych 112 domów osadników na Zachodnim Brzegu. Palestyńczycy zaś upierają się, że warunkiem rozmów jest wstrzymanie wszelkich inwestycji na ziemiach, które będą tych rozmów przedmiotem.
George Mitchell, wysłannik Obamy na Bliski Wschód, wymógł na obu stronach, by zgodziły się na tzw. dyplomację wahadłową. Mitchell będzie teraz kursował między Jerozolimą i palestyńskim Ramallah i pośredniczył w rozmowach. Amerykanie uznali to za wielki postęp, ale w rzeczywistości jest to samo dno bliskowschodniego procesu pokojowego, bo przecież przez 20 lat obie strony były w stanie rozmawiać twarzą w twarz.
Co gorsza, Izraelczycy i Palestyńczycy przystępują do wahadłowych rozmów bez żadnej nadziei i nie po to, by rozmawiać, ale by pokazać światu, że to nieprawda, że rozmawiać nie chcą (o co obie strony się oskarżają).
Biden i Netanjahu rozmawiali też wczoraj o Iranie. Wiceprezydent zaznaczył, że kwestia bezpieczeństwa Izraela pozostaje dla Waszyngtonu kluczowa, ale z przecieków wiadomo, że przekazał Netanjahu ostrzeżenie od Obamy: nie próbujcie żadnych ataków na irańskie obiekty atomowe, dopóki nie wyczerpały się dyplomatyczne możliwości nacisku na reżim ajatollahów.
Ostatnio pojawia się jednak coraz więcej sygnałów, że Izraelczycy przygotowują się do nalotu na Iran, podobnego do tego, który w 1981 roku zniszczył ośrodek atomowy Saddama Husajna. Izraelscy piloci trenują scenariusze nalotu na pustyni Negew, rząd zasypuje światowe media "kontrolowanymi przeciekami ze źródeł wywiadowczych", że Iran jest już bliski produkcji bomby, a niedawno rozpoczęto wydawanie wszystkim obywatelom Izraela masek przeciwgazowych.