Awigdor Lieberman, pochodzący z Kiszyniowa, wicepremier i minister spraw zagranicznych Izraela, lider radykalnie prawicowej partii rosyjskojęzycznych imigrantów "Nasz dom Izrael" przyjechał do Warszawy.
Na dyplomatycznych salonach Europy jest postacią raczej źle widzianą, a to z racji na otwarcie deklarowaną antyarabskość i niechęć do porozumienia z Palestyńczykami.
Arabscy posłowie do Knesetu (choć nie tylko) powiadają, że poglądy Liebermana ocierają się o faszyzm lub sowietyzm, co może być figurą publicystyczną nie zmieniającą postaci rzeczy, że Lieberman nie lubi Arabów i kwita.
Lieberman powiedział w
Warszawie, że konflikt palestyńsko-izraelski jest, z punktu widzenia Bliskiego Wschodu, marginalny i drugorzędny. Zadeklarował, że jego poglądy sytuują Izrael jako kraj europejski, aspirujący do Unii, by dodać, że Zachód jest pogrążony w antyizraelskiej hipokryzji: jego kraj - jedyna (co podkreślał) bliskowschodnia demokracja - jest nieustannie karcony, zaś np. o dzisiejszej sytuacji w Iraku, gdzie ciągle giną ludzie, ani słowa.
Porozumienia z
Oslo były błędem, zaś pokój z Palestyńczykami zostanie zawarty za kilka dziesiątek lat, gdyż dla pokoju niezbędne są bezpieczeństwo Izraela i dostatek Palestyny (inicjatywa polityczna dopiero na trzecim miejscu), a do jednego i drugiego dzisiaj bardzo daleko.
Jest w słowach Liebermana jakiś sens. Znaczna część Zachodu cierpi na antyizraelską obsesję, nie dostrzegając, że Palestyńczycy też mają swoje za uszami. Niestety - porozumienia z Oslo zawarte niemal 20 lat temu są dzisiaj warte niewiele więcej niż papier, na którym je spisano. Izrael jest jedyną sprawnie działającą demokracją na Bliskim Wschodzie. I to wszystko, że czym można się zgodzić.
Bowiem konflikt palestyńsko-izraelski, pielęgnowany przez obie strony (izraelscy radykałowie tacy jak Lieberman versus Hamas) nie jest sprawą drugorzędną, mimo że dzisiaj przysłoniętą arabską wiosną ludów i sytuacją w Iranie, zaś pokój przyniósłby obu stronom i całemu regionowi wymierne korzyści.
Warunki do jego zawarcia, które przedstawił Lieberman, są bez polityki nieosiągalne. Bez pokoju Izrael nie będzie bezpieczny i nie pojawi się na liście członkowskiej państw UE. A Palestyna - dostatnia.
Nie ulega wątpliwości, że w Warszawie Lieberman mówił twardo, świadom swojej siły w koalicji dziś rządzącej Izraelem. Mówił to, za co nie lubią go w Europie i coraz mniej w Ameryce. Tyle że na Bliskim Wschodzie - wedle wielu moich izraelskich przyjaciół - twardość w polityce zastępuje rozum i bywa po prostu szkodliwa. Za nieustępliwość, niezdolność do kompromisu płaci się tam wysoką cenę. Twardym wydaje się, że po prostu pokoju nie potrzebują, bo są twardzi. Tymczasem Izraelczycy i Palestyńczycy nigdy nie zmienią swojego losu bez zawarcia pokoju.
Nie dziwi mnie również, że wielu moich izraelskich przyjaciół wścieka to ciągłe przypominanie, że żyją w jedynej bliskowschodniej demokracji. Uważają, że to mantra, za mało, by coś zmienić, w polityce potrzebne są nowe słowa, opisujące nowe pomysły. Ciągle - mówią - izraelska prawica opowiada światu oczywistości, a my siedzimy na beczce prochu.
Zdaje się, że ta beczka prochu Liebermanowi nie przeszkadza, co akurat nie jest żadną nowością. To źle rokuje, choć chciałoby się, żeby było lepiej.