Bojówkarze skrajnej prawicy coraz częściej wywołują burdy. I nie chodzi już tylko o to, że obrzucają kamieniami
samochody Palestyńczyków i niszczą ich pola. W połowie grudnia w ogniu stanął zabytkowy meczet w Jerozolimie, a na jego ścianach ktoś wymalował hasła typu "Mahomet jest świnią".
Za głównego wroga ekstremiści zaczynają jednak uważać izraelskie państwo. 12 grudnia grupa osadników wtargnęła do bazy wojskowej koło Kalkili. Szarpali się z żołnierzami, podpalili ciężarówkę. Tak zareagowali na pogłoskę, że wojsko zamierza zlikwidować ich osiedle uznane przez sąd za nielegalne. Następnego dnia kilkudziesięciu ekstremistów starło się z policją w Jerozolimie. W ich mieszkaniu znaleziono broń, kilka osób aresztowano.
Po ataku na bazę wojskową minister obrony Ehud Barak stwierdził, że trzeba zbadać, czy prawicowa ekstrema może zostać uznana za organizację terrorystyczną. - Nie ma wątpliwości, że ich działania to terroryzm. Pytanie, czy jest to organizacja, czy tylko zbiór jednostek - tłumaczył Barak. Zaś były minister obrony Beniamin ben Elizer stwierdził, że żołnierze powinni na miejscu zastrzelić napastników.
Premier Beniamin Netanjahu zgodził się, by żydowskich chuliganów aresztować na mocy decyzji administracyjnej, tak samo jak Palestyńczyków uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Dlatego grupa aresztowana w czwartek będzie sądzona przed trybunałem wojskowym, który wyroki wydaje szybciej i surowsze niż sądy cywilne.
Z jednej strony rząd broni osiedli na okupowanych terenach Zachodniego Brzegu jak niepodległości, a nawet rozbudowuje je, niwecząc tym szanse na pokój z Palestyńczykami. Z drugiej strony mieszkańcy osiedli stają się coraz poważniejszym problemem dla bezpieczeństwa państwa.
Kiedyś to Palestyńczycy rzucali kamieniami w Żydów, dzisiaj jest odwrotnie. A kiedy prawicowi aktywiści przychodzą na posterunki kontrolne i wszczynają kłótnie z żołnierzami. Ci nie mają instrukcji, co robić w przypadku, kiedy stroną agresywną jest Żyd, a nie Arab.