- To walka o duszę narodu i fundamenty państwa - powiedział Peres kilka godzin przed rozpoczęciem demonstracji przeciw dyskryminacji kobiet, która we wtorek wieczorem odbyła się w Beit Szemesz pod Jerozolimą. - Cały naród musi się zaangażować w obronę większości przed mniejszością - dodał prezydent.
Mniejszość to radykałowie ze społeczności haredi - ultraortodoksyjni Żydzi, którzy stanowią 10 proc. ludności Izraela. Interesuje ich tylko zgłębianie Tory i życie ściśle wedle zapisanych tam reguł. Odrzucają nowoczesność i świecką edukację, ubierają się bardzo tradycyjnie, przestrzegają segregacji płci.
Mało kogo by to obchodziło, gdyby radykałowie nie próbowali coraz bezczelniej narzucać swojego stylu życia także sąsiadom niepodzielającym ich poglądów: atakują
samochody jeżdżące w szabat, żądają zamknięcia szkół tańca, zawracają kobiety sprzed urn wyborczych.
Dwa incydenty w ostatnich dniach wywołały w Izraelu falę oburzenia na Żydów haredi. Do pierwszego doszło w autobusie z Aszdod do Jerozolimy. Studentka Tanja Rosenblit odmówiła przejścia na tył pojazdu, gdzie zgodnie z niepisanym zwyczajem znajdują się miejsca dla kobiet. Wywołało to gwałtowny protest ortodoksyjnych pasażerów, poparli ich kierowca i
policja. Liberalne media ogłosiły Rosenblit "izraelską Rosą Parks". To Afroamerykanka, która w 1955 r. odmówiła ustąpienia miejsca białemu mężczyźnie w autobusie i stała się symbolem walki o równouprawnienie czarnych.
Drugą iskrą był piątkowy reportaż w izraelskiej telewizji opowiadający o Na'amie Margolese, ośmiolatce z Beit Szemesz, która boi się przejść przez ulicę, bo wciąż opluwają ją i obrażają brodaci mężczyźni, którym nie podoba się jej strój - ich zdaniem niezgodny z nakazami Tory (choć dziewczynka nosi długą spódnicę i bluzę z długimi rękawami).
- Chcą nas wygonić i przejąć miasto dla siebie - uważa jej matka Hadassa Margolese. Na Facebooku 10 tys. osób zobowiązało się bronić atakowanej dziewczynki i jej koleżanek.
Wtorkowa demonstracja miała się odbyć na dziedzińcu szkoły dla dziewcząt, w której uczy się Na'amie Margolese, ale haredi zareagowali na to groźbami użycia przemocy. Organizatorzy zmienili więc jej miejsce, a bezpieczeństwa demonstrantów pilnowała policja.
W poniedziałek gniew haredi z Beit Szemesz skupił się na dziennikarzach, w tym na ekipie Programu 2, który nadał reportaż. - Antysemici! Wynocha! - wołali i rzucali kamieniami. Dzień później zamieszki wciąż trwały: 300 ortodoksów obrzucało policję kamieniami i jajkami, jeden z policjantów został ranny.
Izraelski minister finansów zażądał od burmistrza Beit Szemesz usunięcia z ulic znaków instruujących, aby kobiety i mężczyźni poruszali się po przeciwnych stronach jezdni. Premier Benjamin Netanjahu potępił "religijną przemoc" wobec kobiet. -
Policja będzie aresztować tych, którzy plują, zaczepiają i podnoszą rękę na kobiety - zapewnił na posiedzeniu rządu. Także rabini z Szas, partii ultraortodoksyjnych Żydów wchodzącej w skład rządzącej koalicji, potępili przemoc.
Manifestacja przeciw religijnemu ekstremizmowi zgromadziła we wtorek kilka tysięcy osób. "Nie staniemy się następnym Teheranem" - głosiło jedno z haseł nawiązujące do porządków państwa wyznaniowego panujących w Islamskiej Republice Iranu.