Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA) ma wydać w tym tygodniu kwartalny raport na temat Iranu. Według przecieków będzie to oskarżenie Teheranu o potajemną budowę broni atomowej.
Prace mają być prowadzone w bazie wojskowej Parchin, 30 km od irańskiej stolicy. Według IAEA jest tam szereg bunkrów i tuneli, w tym kontener używany do próbnych eksplozji. Irańscy naukowcy stworzyli też podobno model komputerowy głowicy nuklearnej.
USA i inne zachodnie rządy od dawna są przekonane, że Iran chce zbudować arsenał nuklearny. Większość ekspertów ocenia, że potrzebuje na to jeszcze kilku lat. Są jednak i tacy, którzy mówią o sześciu miesiącach.
Władze w Teheranie utrzymują, że ich program nuklearny ma charakter czysto cywilny. Dowody z raportu IAEA nazwały sfabrykowanymi.
- Atak na Iran ze strony Izraela i innych krajów jest coraz bardziej prawdopodobny - uznał w niedzielę izraelski prezydent Szymon Peres uchodzący za "gołębia". W środę prasa donosiła, że premier Beniamin Netanjahu (on akurat jest "jastrzębiem") próbuje uzyskać zgodę rządu na taki atak. Precedens już jest: w 1981 r. lotnictwo Izraela zbombardowało iracki reaktor Osirak.
Izrael, który sam potajemnie zbudował bombę atomową (do czego się nie przyznaje), uznaje irański program nuklearny za "śmiertelne zagrożenie". Ostatnio przeprowadził zakrojone na dużą skalę manewry wojskowe symulujące obronę przed atakiem rakietowym na rejon Tel Awiwu oraz wspólne z lotnictwem włoskim ćwiczenia "misji dalekiego zasięgu".
Zdaniem irańskiego ajatollaha Mahmuda Alawiego, grożąc Iranowi, Izrael i USA chcą odwrócić uwagę od własnych problemów. - Syjoniści i
Ameryka wiedzą, że wcielenie tych gróźb w życie byłoby bardzo kosztowne - powiedział Alawi. Jego kraj od lat rozwija m.in. broń rakietową.
Większość obserwatorów też przypuszcza, że Izrael blefuje. Gdyby naprawdę chciał zaatakować, nie mówiłby o tym tak głośno. Prawdopodobnie chodzi tylko o podgrzanie atmosfery, by przekonać Radę Bezpieczeństwa ONZ, a zwłaszcza Rosję i
Chiny, do obłożenia Teheranu jeszcze ostrzejszymi sankcjami (obecne zakazują m.in. sprzedaży ciężkiego uzbrojenia, dopuszczają międzynarodowe inspekcje statków podejrzanych o transport zakazanych towarów i zakazują współpracy z ponad 40 irańskimi firmami i organizacjami).
Są i inne przypuszczenia - być może rząd izraelski otwarcie mówi o ataku, bo chce oswoić opinię publiczną z myślą o nowej wojnie. Według sondaży Izraelczycy są prawie równo podzieleni na zwolenników i przeciwników zaatakowania Iranu.
Wysoki urzędnik amerykański, cytowany przez CNN, powiedział, że Waszyngton obawia się, iż Izrael nie uprzedzi go o ataku. W ostatnich latach wielokrotnie przestrzegał Jerozolimę, że nie poprze akcji zbrojnej. Równie dobrze może to być skoordynowana gra, gdzie Izrael występuje w roli złego policjanta.
W niedawnej analizie amerykański instytut Stratfor pisał, że Biały Dom zgodził się z sunnicką Arabią Saudyjską, by z szyickim Iranem (obie muzułmańskie potęgi od dawna ze sobą rywalizują) grać ostro. W październiku Waszyngton ujawnił rzekomy irański spisek na życie saudyjskiego ambasadora w USA. Według źródeł "Guardiana" Brytyjczycy koordynują ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem przygotowania do ataku na Iran (brytyjski szef sztabu był niedawno z tajną wizytą w Izraelu).
Niektórzy obawiają się, że przyciśnięty do ściany Iran zaatakuje pierwszy. - Jeśli Izrael zostanie zaatakowany,
Francja stanie u jego boku, by zapewnić mu bezpieczeństwo - powiedział w niedzielę szef
MSZ Francji Allain Juppé. A jeśli to Izrael zaatakuje Iran? - To nie to samo - stwierdził Juppé, uznając, że prowadziłoby to do destabilizacji i tak niespokojnego regionu. Wcześniej NATO zadeklarowało, że nie zamierza interweniować w Iranie.
Teheran wcale nie musi atakować bezpośrednio. Istnieją podejrzenia, że ostatnie ataki Islamskiego Dżihadu ze Strefy Gazy na Izrael były zlecone przez irańską Gwardię Rewolucyjną. Ajatollahowie mogą też działać za pośrednictwem sojuszniczej Syrii oraz finansowanego przez nich libańskiego Hezbollahu.