Unię Europejską czeka nieproste zadanie. Wejście traktatu lizbońskiego w życie oznacza spory o obsadę i wagę nowych stanowisk "prezydenta" i szefa dyplomacji UE, szukanie nowej równowagi między stolicami krajów UE oraz wzmacniającą się Brukselą. Co najważniejsze, same procedury zapisane w traktacie lizbońskim nie zapewnią Unii ani wspólnej polityki zagranicznej, ani sprawniejszego działania, jeśli nie zechcą tego członkowie Unii.
A Irlandczycy pokazali, jak wielką przeszkodą w integracji są nie tylko uparci prezydenci, lecz także zaniedbywanie demokracji.
Rząd Irlandii nawoływał ich do zatwierdzenia traktatu w 2008 r. zdawkowym hasłem, że "jest dobry". Sam premier przyznał, że go nie przeczytał. Kilkanaście miesięcy po nauczce, jaką było pierwsze referendum, Irlandczycy debatowali nawet na ulicach o najważniejszych zapisach Lizbony. To właśnie dobra informacja o reformie UE i wysłuchanie obaw zwykłych ludzi (dodanie deklaracji o suwerenności) walnie pomogły w przytłaczającym zwycięstwie Lizbony.
Jeśli europejski rower ma naprawdę przyspieszyć, integrującej się Europy muszą chcieć nie tylko rządy, lecz także społeczeństwa. Na szczęście
Irlandia to dowód, jak szybko tłumy eurosceptyków topnieją wskutek solidnej i szczerej rozmowy o Unii. Warto o tym pamiętać także w Polsce.