24-letnia francuska pracownica naukowa Clotilde Reiss, sekretarka sekcji kulturalnej ambasady francuskiej Nazak Afszar oraz analityk polityczny z brytyjskiej ambasady Hosejn Rassam zmiękli, zanim jeszcze zasiedli w sobotę na sali sądowej.
Według irańskiej agencji Fars wszyscy zgodnie przyznali się do winy i pokornie poprosili o łaskę. To jedyne źródło informacji o procesie, bo zachodnie media nie mają dziś wstępu do Iranu.
Clotilde, która nigdy wcześniej nie angażowała się w politykę, przyznała, że pisała raporty o obecnej sytuacji w Iranie dla francuskiej ambasady. 50-letnia Nazak z płaczem tłumaczyła, że "dzięki braciom z ministerstwa wywiadu, zrozumiała swój błąd". Syn kobiety twierdzi, że jego matka jako pracownica zachodniej ambasady od dawna była nagabywana przez służby bezpieczeństwa. Swój "błąd" zrozumiał też Rassam. - Brytyjscy dyplomaci maczali palce w podżeganiu do niepokojów społecznych - zeznał na sali sądowej.
W Europie proces wywołał prawdziwą burzę. - Nie można mówić o przyznaniu się do winy ludzi, którym odmówiono podstawowych praw człowieka. Postawienie ich przed sądem jest absolutnie niedopuszczalne - oburza się brytyjskie
MSZ. Także Paryż domaga się natychmiastowego zwolnienia Francuzki i pracownicy francuskiej ambasady.
Oburzeni są też przewodniczący obecnie Unii Europejskiej Szwedzi. - Działanie przeciwko jednemu z krajów UE, jego obywatelowi lub personelowi jego ambasady jest uważane za działanie przeciwko całej Unii - napisali w oświadczeniu.
Wśród oskarżonych są też irańscy reformatorzy, politycy i dziennikarze, w sumie ponad sto osób. Wszystkim zarzuca się udział w zamieszkach, jakie wybuchły po wyborach prezydenckich z 12 czerwca, działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego i spiskowanie przeciwko systemowi prawno-politycznemu. Według opozycji nie mają dostępu do adwokata.
Zamieszki wybuchły kiedy opozycja uznała, że Mahmud Ahmadineżad zapewnił sobie reelekcję dzięki fałszerstwom, a prawdziwym zwycięzcą jest Mir Hosejn Musawi. Na ulice wyszły setki tysięcy ludzi, w starciach z służbami bezpieczeństwa kilkadziesiąt osób zginęło, a dwa tysiące trafiły za kratki (część wyszła już na wolność).
Wczoraj po raz pierwszy władze stwierdziły, że dwaj przegrani - Musawi i Mahdi Karubi - a także były prezydent Mohammed Chatami, którzy uparcie wzywali do sprzeciwu wobec Ahmadineżada, powinni stanąć przed sądem. - Ci ludzie chcieli przeprowadzić w Iranie aksamitną rewolucję, dlatego służby bezpieczeństwa powinny ich złapać, osądzić i przykładnie ukarać - przekonywał wczoraj Jadollah Dżawani, szef biura politycznego irańskiej Rady Rewolucyjnej.