W rosyjskiej anegdocie z czasów I wojny światowej żandarm aresztował chłopów, którzy szydzili z cara. Na ich żarliwe protesty, że mieli na myśli cara niemieckiego, czyli kajzera, odparł niewzruszenie: "Ja łudsze znaju, katoryj car durak!".
Istotnie, władza z reguły wie lepiej. Podczas rewolucji w Iranie ludzie nocami wychodzili na dachy domów, by wołać: "Allah akbar!" (Bóg jest wielki!) - czyli w domyśle: On wielki, a szach - wiadomo. Władza się domyśliła i krzykacze lądowali w areszcie.
Rewolucja zwyciężyła, minęło 30 lat, a dziś ludzie znów nocami wychodzą na dachy, by głosić wielkość Boga. Zaś bojówki, tym razem islamskiej gwardii rewolucyjnej Basidż, znów za to ich pakują do kicia, bo - jak carski żandarm - lepiej wiedzą, kto wielki nie jest. To kłopot każdej rewolucyjnej dyktatury - hasła sprzed lat zmieniają znaczenie i biada temu, kto by je nadal głosił, broniąc się tym, że brzmienie pozostało to samo. Wyobraźmy sobie w ZSRR demonstrację pod sztandarem: "Ziemia chłopom, fabryki robotnikom"
Ale jeszcze bardziej ryzykowne od powtórzenia dawnego hasła jest jego odwrócenie. Przeciwnicy rewolucyjnej dyktatury z reguły twierdzą, że nie chcą władzy ludu obalać, lecz tylko zmusić ją, by wywiązała się ze swych obietnic.
"Solidarność" na przykład chętnie odwoływała się do komunistycznej retoryki o władzy wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, na czym zresztą klasa ta wyszła w końcu jak Zabłocki na mydle, choć sami robotnicy już znacznie lepiej. Szczególnie zaś niechętnie opozycjoniści odwracają hasła tyczące się zagranicy, na której pasku według władz nieodmiennie idą - propaganda mogłaby przekonać ludzi, że stanowi to potwierdzenie oskarżeń. No chyba że propaganda, a więc i władza, całkowicie straciła wiarygodność.
I dlatego rządzący ajatollahowie winni się poważnie zaniepokoić wymianą haseł podczas piątkowych modłów w Teheranie. Prowadzący modły rozpoczął - jak zwykle - okrzykiem: "Marg bar Amrika!" (Śmierć Ameryce), a tłum ryknął: "Śmierć Rosji!"; trwało to ładnych kilka minut. Podobnie było na uniwersytecie w Szirazie.
Irańczycy mają powody, by Rosji, odwiecznego wroga oraz oprawcy muzułmańskich Czeczenów, nie lubić. Ale dla reżimu
Rosja to twórca programu atomowego, dostawca nowoczesnej broni i antyamerykański sojusznik chroniący - wspólnie z Chinami - Teheran przed sankcjami w Radzie Bezpieczeństwa. Los Czeczenów czy Ujgurów z Sinkiangu niewiele w takim kontekście znaczy. Szczególnie zaś ważne było, że gdy po sfałszowanych wyborach prezydenckich wybuchły demonstracje, Ahmadinedżad udał się z wizytą do Moskwy, gdzie podejmowano go z honorami; Rosja zresztą może jeszcze wyjść na tym jak Waszyngton na szachu.
Dlaczego więc ulica miałaby źle życzyć Ameryce, która potępiła fałszerstwa i represje, a nie Rosji, która tego nie zrobiła? No właśnie, dlaczego? "Dlaczego Reagan gbur nie chce nam karmić kur?" - szydziło solidarnościowe podziemie z reakcji reżimu na amerykańskie sankcje po 13 grudnia. Jeśli opozycja nie boi się już oskarżeń władzy, że jest obcą agenturą, to znaczy, że dla poważnej części społeczeństwa ci obcy są bardziej wiarygodni od władz, które nimi straszą. A jeśli tak, to bać się powinna raczej władza, która straciła zdolność zastraszania.
Tłumy już krzyczą nie tylko: "Śmierć Rosji!", lecz także: "Śmierć dyktatorowi!"; odsuwa się też odeń część polityczno-religijnych elit. "Dziś nikt nie jest bezstronny - oświadczył szef wydziału politycznego Basidż gen. Dżawani. - Są ci, którzy bronią rewolucji i władzy, i ci, którzy chcą je obalić." Ale co zrobić, gdy obrona władzy wymaga tłumienia nowej rewolucji?