Mustafę Ahmadiego Roszana można było nazwać cudownym dzieckiem chemii. Ten absolwent wydziału chemicznego na teherańskim uniwersytecie Szarif w wieku zaledwie 32 lat został dyrektorem wydziału wzbogacania uranu w najważniejszym irańskim ośrodku atomowym w Natanz. W wolnym czasie pracował dla basidżich - cieszącej się złą sławą cywilnej milicji na usługach ajatollahów rządzących Iranem.
Ta obiecująca kariera skończyła się gwałtownie w ostatnią środę. Dwóch zamaskowanych motocyklistów podjechało do jego peugeota zaparkowanego przed campusem uniwersytetu i przyczepiło do auta bombę magnetyczną. Roszan zginął na miejscu.
Irańskie i światowe media przyrównały zamach do ataków na innych irańskich naukowców, których od kilku lat prześladuje jakieś fatum. Ponoć sam Roszan w dniu, w którym zginął, wybierał się na uroczystości upamiętniające śmierć innego specjalisty od atomu - prof. Masuda Alego Mohammadiego zamordowanego dwa lata wcześniej.
Czarna seria zaczęła się w 2007 r., gdy w tajemniczych okolicznościach zmarł Ardeszir Hassanpur, szef fabryki uranu w Isfahanie. Dopiero po tygodniu władze poinformowały, że naukowiec zatruł się gazem.
W listopadzie 2007 r. jacyś motocykliści przyczepili bomby do stojących na światłach samochodów profesorów Madżida Szahrajariego i Ferejduna Abbasiego. Pierwszy zginął na miejscu, drugi zdążył w porę wyskoczyć z auta.
O Szahrajarim wiadomo tylko, że pracował na wydziale inżynierii jądrowej na uniwersytecie Szahid Beheszti. O Abbasim wiemy nieco więcej - należy do elitarnej Gwardii Rewolucyjnej, a jednocześnie jest jednym z czołowych irańskich specjalistów od wzbogacania uranu. Gdy wydobrzał po zamachu, został sowicie wynagrodzony - prezydent Mahmud Ahmadineżad mianował go jednym z wiceprezydentów i szefem irańskiej Organizacji Energii Atomowej.
W lipcu ubiegłego roku zastrzelony został Dariusz Rezaineżad, młody doktor fizyki powiązany z ministerstwem obrony. Kilka miesięcy później w wybuchu w wojskowej bazie Bigdaneh pod Teheranem zginął gen. Hassan Tehrani Mugaddam, szef irańskiego programu balistycznego.
Milczenie szatanów Po każdym zamachu Irańczycy oskarżają "małego i wielkiego szatana", czyli
Izrael i
USA, albo dla odmiany "trójkąt zła", czyli Izrael, USA i ich popleczników w Iranie. Amerykanie wszystkiemu zaprzeczają, a Izrael milczy jak zaklęty.
"Śmierć Izraelowi!", "Śmierć Ameryce!" - krzyczeli irańscy deputowani na wieść o ostatnim zamachu. Swe oburzenie wyraził też najwyższy przywódca ajatollah Ali Chamenei, który oświadczył: Śmierć Roszana pokazuje, że arogancja Amerykanów i syjonistów utknęła w martwym punkcie w starciu z oddanym, postępowym i zdeterminowanym narodem Iranu. Nie spoczniemy, póki nie ukarzemy winnych tej odrażającej zbrodni.
Po wszystkich tych zamachach Irańczycy dmuchają na zimne. Pewnie dlatego jeden z najważniejszych ludzi w irańskim programie nuklearnym, słynny fizyk jądrowy Muhsin Fakrizade, od miesięcy się ukrywa.
Historia innego specjalisty od atomu mogłaby posłużyć za scenariusz filmu szpiegowskiego. Szahram Amiri zaginął w 2009 r. w czasie pielgrzymki do Mekki. Amerykanie twierdzą, że przyjechał do USA i za 5 mln dol. chciał sprzedać CIA irańskie sekrety atomowe. Po roku wrócił do kraju, prawdopodobnie z obawy o rodzinę, i od tego czasu zapewnia, że został porwany przez Amerykanów, którzy mieli go więzić i torturować. Irańczyk nie wyjaśnia tylko, jak wydostał się z niewoli.
Zachód nie wierzy w zapewnienia Teheranu, że irański program jądrowy ma charakter wyłącznie cywilny i uważa, iż ajatollahowie, naruszając zobowiązania międzynarodowe, budują bombę atomową. Ponadto Iran rozbudowuje też arsenał rakietowy, m.in. pociski, które uzbrojone w głowice nuklearne mogłyby dosięgnąć Izraela. To dlatego ONZ, Unia Europejska i USA nakładają na Irańczyków kolejne sankcje ekonomiczne.
Jednak według ekspertów od Iranu dyplomacja i oficjalne naciski to za mało. Stąd sekretna kampania Mosadu i CIA, które - jak się wydaje - robią, co mogą, by przeszkodzić w budowie bomby.
Sabotaż lepszy od wojny Dzień przed środowym zamachem na Roszana szef sztabu izraelskiej armii gen. Benny Gantz oświadczył w Knesecie, że 2012 będzie dla Iranu "rokiem krytycznym", z powodu czekających Irańczyków "nienaturalnych wydarzeń".
- Trzeba Irańczykom przeszkadzać w ich programie nuklearnym, tak żeby nie zorientowali się, co się dzieje - mówił cytowany przez "Daily Telegraph" były oficer CIA. - Nasz cel to opóźnianie i jeszcze raz opóźnianie do czasu, aż wymyślimy inne rozwiązanie. To lepsze niż rozpętanie ryzykownej wojny na Bliskim Wschodzie.
Atak prewencyjny na Iran, którym często grożą Izraelczycy, to raczej tylko potrząsanie szabelką, bo wojna mogłaby wywołać piekło. Sam zaś atak (zapewne nalot) nie gwarantuje skutecznego zniszczenia irańskiego programu atomowego, ponieważ instalacje nuklearne są rozsiane po całym kraju, większość jest pod ziemią, a obiekty znane Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej to zapewne wierzchołek góry lodowej. Poza tym Iran ma wiernych przyjaciół w Syrii, w rządzonym przez szyitów Iraku, a libański Hezbollah to wierny sojusznik Teheranu.
Reva Bhalla, analityk amerykańskiego ośrodka Stratfor, który specjalizuje się w analizie danych wywiadowczych, uważa, że za atakami na irańskich naukowców stoi Mosad. - We współpracy z Waszyngtonem Izraelczycy eliminują kluczowe osoby w irańskim programie nuklearnym i jednocześnie sabotują dostawy technologii - mówi Bhalla.
O takich dostawach opowiedział "Los Angeles Times'owi" były oficer CIA. Według jego relacji wywiady podstawiają Irańczykom firmy dostarczające im niezbędne materiały i technologie - metale, elektronikę,
maszyny. Początkowo takie firmy dostarczają towar najwyższej jakości, a później, po zdobyciu zaufania, zastępują go niesprawnym sprzętem czy kiepskiej jakości materiałami.
- I bez ataku zbrojnego mamy dużo możliwości niszczenia irańskiego programu nuklearnego i mamy duże sukcesy - chwalił się Yossi Melman, który w izraelskim dzienniku "Haaretz" pisuje o działaniach wywiadu.
Te inne możliwości to m.in. niewyjaśnione eksplozje w irańskich gazociągach, instalacjach naftowych i bazach wojskowych. W październiku ubiegłego roku irańskie media informowały o trzech takich wybuchach w ciągu 24 godzin.
Zachodni eksperci uważają, że to Amerykanie i Izraelczycy w 2010 r. wpuścili do systemów komputerowych pracujących w irańskich obiektach atomowych Stuxnet - najpotężniejszego wirusa w historii nazywanego "pierwszą prawdziwą cyberbronią". Wirus tak rozkręcił wirówki, w których wzbogacany jest uran niezbędny do produkcji bomby, że blisko tysiąc z nich uległo zniszczeniu. Chociaż nikt nie przyznał się do użycia Stuxnetu, w styczniu następnego roku sekretarz stanu USA
Hillary Clinton i szef Mosadu Meir Dagan ogłosili, że irański program nuklearny został opóźniony co najmniej o kilka lat.
Niektórzy amerykańscy politycy są bardziej bezpośredni. Przed dwoma miesiącami, w czasie debaty republikańskich kandydatów na prezydenta Ameryki, Newt Gingrich stwierdził, że Amerykanie powinni pozbywać się irańskich naukowców. - Musimy zakłócać irański program atomowy, niszczyć ich systemy, a wszystko w sposób ściśle tajny i nie do udowodnienia - przekonywał.