- Grupa uzbrojonych mężczyzn wpadła niedawno do szpitala Al-Kaim, zabrali wielkie ilości krwi i odjechali do niedalekiej wioski, najwyraźniej po to, by leczyć swoich rannych - opowiada dziennikarzom amerykańskiego "New York Timesa" Hadad Hamaa, miejscowy lekarz. Szpital jest często obiektem takich ataków. Na początku lata został nawet zamknięty na kilka dni, bo lekarzom grożono, że jeśli odmówią Al-Kaidzie pomocy medycznej i krwi, zginą.
Chociaż irackie władze twierdzą, że nie mają informacji o takich napadach, pracownicy służby zdrowia przyznają: to codzienność. Najczęściej krew jest rabowana w prowincjach Anbar, Dijala, Salah Ad-Din i Niniwa, gdzie rebelianci wciąż są silni. Lekarze przyznają, że rzadko zgłaszają władzom takie sytuacje ze strachu przed zemstą, bo nie wierzą, że iracka
policja i wojsko mogą ich ochronić.
Abu Hazim, pracownik banku krwi w szpitalu w Mosulu, opowiada, że po niedawnym wybuchu samochodu-pułapki pod miejscowym posterunkiem policji najpierw po krew przyszli funkcjonariusze, a godzinę później terroryści. - Nie chcieli nam wierzyć, że wszystko oddaliśmy, grozili, że nas zabiją - opowiada. - Gdybym nie miał zapasu na czarną godzinę, pewnie tak by zrobili.
Iraccy lekarze przekonują, że kradnąc krew, terroryści mogą sami robić sobie krzywdę. - Podanie rannemu niewłaściwej krwi może skończyć się dla niego tragicznie. Trzeba najpierw sprawdzić, czy idealnie pasuje, nie wystarczy sama znajomość grupy krwi, a to już bardzo skomplikowana procedura - tłumaczy dr Jasin Ahmad Abbas, szef Czerwonego Półksiężyca w Iraku.
Część ekspertów uważa, że Al-Kaida zatrudnia własnych lekarzy, którzy sprawnie przeprowadzają transfuzje i leczą rannych. - Znam przypadek człowieka porwanego przez terrorystów i wypuszczonego, który miał amputowaną rękę i ucho i było to przeprowadzone wyjątkowo precyzyjnie, na pewno przez bardzo doświadczonego lekarza - opowiada "New York Timesowi" Abu Haris, lekarz z Mosulu.
Takie informacje potwierdza sama Al-Kaida. Jeden z terrorystów, który przedstawił się dziennikarzom jako Abu Mustafa Al-Madżmaj, przyznaje, że organizacja zakłada własne kliniki, gdzie pracują lekarze i pielęgniarki. - W czasie dżihadu odnieśliśmy wiele ran. Musimy sami się leczyć, być niezależni, bo w zwykłych szpitalach mudżahedini mogą wpaść w ręce najeźdźców - tłumaczy.
Według Ahmada Al-Dżabariego, szefa departamentu zdrowia w Mosulu, terroryści słusznie się boją. - Szpitale stały się miejscem walki między rebeliantami a policją, która aresztuje prawie każdego podejrzanego rannego - opowiada.