To pierwsza duża operacja tureckich wojsk lądowych w irackim Kurdystanie od lat. - W nocy ok. 500 żołnierzy weszło na niezamieszkane tereny Kurdystanu i przesunęło się o kilka kilometrów w głąb kraju - poinformował wczoraj rzecznik PKK Dżabbar Dżawar.
PKK, która ma swoje bazy w irackim Kurdystanie, od ponad 20 lat walczy zbrojnie o prawa tureckich Kurdów. W październiku jej bojownicy zabili 12 tureckich żołnierzy. Parlament w Ankarze natychmiast wydał rządowi pozwolenie na akcję odwetową na terenie Iraku. Od tego czasu na granicy stoi stutysięczna armia, ale dotąd jej nie przekraczała.
Na razie nie wiadomo, po co tureccy żołnierze weszli do Iraku ani czy doszło do starć z kurdyjskimi rebeliantami. Iracka armia informowała wczoraj o strzałach słyszanych na zajętym terenie.
Według cytowanego przez agencję Reuters anonimowego źródła w irackiej armii "to ograniczony atak, który nie zmieni się w wielką akcję". Z kolei turecka gazeta "Hurriyet" napisała, że wysłane wczoraj oddziały mogą być specjalnym komandem, które ma uniemożliwić rebeliantom z PKK ucieczkę z ich kryjówek po niedzielnych nalotach.
Kurdyjscy rebelianci już zapowiedzieli odwet. "Mamy święte prawo do obrony i zemsty. Dlatego nasi ludzie zrobią to, co muszą" - podkreśliła PKK w oświadczeniu opublikowanym przez kurdyjską agencję Firat.
Turcy od dawna marzą o zlikwidowaniu irackich baz PKK, ale ograniczali się do niewielkich bombardowań. Największe miały miejsce w ostatni weekend, kiedy 50 samolotów zaatakowało tereny położone kilkadziesiąt kilometrów w głębi Iraku, zabijając dwoje cywilów i siedmiu bojowników. Według biura ONZ-owskiego komisarza ds. uchodźców naloty zniszczyły co najmniej dziesięć wiosek w prowincji Sulajmanija i Irbil, a 1,8 tys. osób musiało opuścić swoje
domy.
Chociaż wczoraj wieczorem pojawiły się doniesienia, że tureccy żołnierze zaczęli się wycofywać, operację ostro potępił prezydent autonomicznego rządu irackiego Kurdystanu Masud Barzani: - Takie działania szkodzą politycznym wysiłkom znalezienia pokojowego rozwiązania konfliktu.
Także centralny rząd w Bagdadzie sprzeciwia się tureckim operacjom. "To oburzające naruszenie suwerenności Iraku" - brzmiało wydane po weekendowych nalotach oświadczenie parlamentu. Szef
MSZ Hoszjar Zebari wezwał Turcję, by na przyszłość informowała władze w Bagdadzie o planowanych operacjach wewnątrz Iraku.
- Od dziś będziemy robić wszystko, co konieczne w walce z terroryzmem - odpowiedział turecki prezydent Abdullah Gul. Podobnie wypowiadał się wczoraj turecki premier Recep Erdogan: - Nie chcemy naruszać integralności Iraku, jednak właśnie tam leżą obozy PKK - terrorystów i naszych wrogów.
Wysoki rangą wojskowy w tureckiej armii Yasar Buyukanit powiedział wczoraj, że
Turcja dostała na operację cichą zgodę Amerykanów, którzy przekazują Ankarze kluczowe dane wywiadowcze ułatwiające namierzenie bojowników PKK. "Washington Post" cytuje anonimowego wojskowego z Pentagonu, który mówi, że Waszyngton "podaje Turkom cele na tacy". - Oni mówią: chcemy zrobić to i to, a my na to: OK, to wasza decyzja, zrobicie, jak chcecie - opowiadał wojskowy.
Winą za tureckie naloty Barzani obarczył Amerykanów. - Oczywiście, że są za nie odpowiedzialni, w końcu to oni kontrolują irackie niebo - stwierdził Barzani i odmówił spotkania z szefową amerykańskiej dyplomacji Condoleezą Rice, która wczoraj przyleciała do Iraku.
Waszyngton nie potwierdza, że zgodził się na naloty. Nie chce narażać się wspierającym
USA irackim Kurdom, a jednocześnie próbuje uniknąć samodzielnej tureckiej operacji na wielką skalę, bo oznaczałaby ona wojnę w spokojnym dotąd północnym Iraku.