Tak twierdzi brytyjski
dziennik "The Independent", który opublikował wczoraj wyniki dziennikarskiego śledztwa dotyczącego testów medycznych przeprowadzanych w Indiach. Wynika z niego, że leki dla bogatych ludzi z Zachodu testowane są głównie na tych najbiedniejszych i niewykształconych z krajów rozwijających się. A pacjenci często nie wiedzą, na co się zgadzają. Jeśli zaś występują u nich efekty uboczne, są zbyt biedni i nie dość wykształceni, by dochodzić swych praw w sądach.
- Hindusi są wykorzystywani przez zachodnie firmy bogacące się na sprzedaży drogich leków na Zachodzie - mówi "Independentowi" Chandra Gulati, emerytowany lekarz, który społecznie zbiera informacje na temat badań klinicznych nad lekami. - Wykorzystują biednych i niepiśmiennych Hindusów, których nigdy nie byłoby stać na takie lekarstwa.
Korzyści z tego procederu - wartego w samych Indiach 189 mln funtów - czerpią nie tylko koncerny, które starają się przestrzegać przepisów, ale także rodzimi lekarze. Wykorzystują swoją wysoką pozycję w biednych i zacofanych społecznościach. Nadużywają zaufania pacjentów i nagminnie łamią zasady etyki lekarskiej.
Tak właśnie działo się przez cztery lata w państwowym szpitalu w Indore w środkowych Indiach. Pięciu lekarzy brało po 50 mln rupii (625 tys. funtów) od farmaceutycznych gigantów za prowadzenie badań klinicznych nad różnymi lekami. Dzięki zeznaniom doktora Annady Raia, jednego z lekarzy z tamtejszego szpitala, wiadomo, że wszelkie skutki uboczne testów skrzętnie tuszowano. Ci sami lekarze, którzy namawiali pacjentów na leczenie nowymi medykamentami, "badali" potem przypadki niepożądanych reakcji. I orzekali, że powikłania nie mają nic wspólnego z testami.
- Dla nas lekarz jest jak Bóg, wierzymy we wszystko, co mówi - zwierza się reporterom "Independenta" Ajay Naik, którego synek Yatharth dostał białych plam po mającej uodpornić go szczepionce. - Żona usłyszała, że nowa szczepionka ochronna, która kosztuje 8-10 tys. rupii, jest teraz za darmo - tłumaczy. Nikt nie poinformował ich, że to lek testowany klinicznie.
W styczniu 2010 r. 13-letnia Sarita Kudumula z biednego stanu Andhra Pradesh w południowo-wschodnich Indiach straciła przytomność. Zmarła w drodze do szpitala, a sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci było... samobójstwo. Rodzice dziewczynki w to nie uwierzyli. Ich podejrzliwość wzbudziło to, że dopiero po śmierci córki dowiedzieli się, że osiem miesięcy przed zgonem Sarita dostała dawkę stosunkowo nowego leku - gardasilu, szczepionki przeciwko wirusowi brodawczaka (HPV) podejrzewanego o wywoływanie raka szyjki macicy. - Nikt nie pytał nas o zgodę - mówi "Independentowi" ojciec Sarity. Była ona jedną z 14 tys. dziewczynek w wieku 10-14 lat ze stanu Andhra Pradeś, które wzięły udział w pilotażowym programie szczepień przeciwko rakowi szyjki macicy. Kosztujące grubo ponad 300 dolarów za sztukę szczepionki dostarczyła za darmo amerykańska organizacja pozarządowa PATH finansowana przez Fundację Melindy i Billa Gatesów. Program szczepień odbywał się pod egidą władz stanowych.
W 2009 r. testowe szczepienia, choć z inną szczepionką, przeprowadzono również w Gudżaracie. W sumie w obydwu stanach zmarło siedem ze szczepionych dziewczynek. Nie wiadomo dokładnie, co było przyczyną śmierci, ale programy szczepień prowadzone bez wiedzy rodzin i krewnych przerwano. Choć rządowe śledztwo wykazało, że gardasil produkowany przez amerykański koncern Merck nie mógł spowodować śmierci,
rodzice Sarity są przekonani, że ich córka zmarła z powodu szczepionki. Podobnie sądzą indyjskie organizacje kobiece.
Producenci szczepionek zastrzegają, że ich leki są bezpieczne. Gardasil dostał zielone światło od amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration, FDA) w czerwcu 2006 r. Problem w tym, że dopiero w roku 2018 spodziewany jest raport z wynikami skuteczności gardasilu mający zawierać także informacje o jego długoterminowych skutkach ubocznych.
W przypadku Sarity zawiodły zapewne nie tyle szczepionki, ile procedury. Dziewczynka pochodziła z ubogiej grupy Adiwasi (przedstawiciele rdzennej ludności Indii należący do różnych plemion i mówiący różnymi językami). Mieszkała w internacie kilka kilometrów od rodzinnej wioski. Władze państwowej szkoły nie zapytały wywodzących się z Adiwasi rodziców o zgodę na szczepienie, choć powinny to uczynić zgodnie z wytycznymi Indian Council of Medical Research.
Według "Independenta" po zliberalizowaniu przepisów dotyczących testowania leków w 2005 r.
Indie stały się rajem dla koncernów. Potentaci wykorzystują to, że mieszka tam 1,2 mld ludzi o zróżnicowanym kodzie genetycznym narażonych na różnego rodzaju zagrożenia zdrowotne. W dodatku istnieje tam niezła sieć szpitali, a lekarze mówią po angielsku (odpadają koszty tłumaczeń).
Brytyjski dziennik wyliczył, że w Indiach w ciągu ostatnich sześciu lat odbyło się 1,6 tys. badań klinicznych leków m.in. na zlecenie takich koncernów jak: AstraZeneca, Pfizer czy Merck. Wzięło w nich udział ponad 150 tys. osób. Dla wielu biednych i pozbawionych szans na leczenie była to szansa na powrót do zdrowia, ale 1730 spośród nich zmarło. Nie wiadomo, ilu rzeczywiście na skutek niepożądanych reakcji na lek, gdyż byli to w większości ludzie chorzy i źle się odżywiający. Faktem jest, że w samym tylko 2010 r. dziesięć różnych zagranicznych firm farmaceutycznych wypłaciło odszkodowania (średnio po 3 tys. funtów) rodzinom 22 zmarłych uczestników badań klinicznych.