Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
- Jako rząd musimy to powiedzieć bardzo jasno, a jeśli nie będą słuchać albo po wyjeździe będą wracać, trzeba nadać im status niepożądanych cudzoziemców - mówił Kamp w opublikowanym wczoraj wywiadzie dla dziennika "De Telegraaf".
Ministrowi chodziło głównie o Polaków, bo ci stanowią zdecydowaną większość ze 160-200 tys. imigrantów zarobkowych z nowych państw członkowskich UE. Kamp przyznał wprawdzie, że nie ma nic przeciwko Polakom, którzy przyjeżdżają pracować legalnie, ale zastrzegł, że problemy zaczynają się wówczas, kiedy tracą oni pracę i obciążają system opieki socjalnej. Na dowód przytoczył to, że w Holandii są schroniska dla bezdomnych, w których aż 40 proc. mieszkańców to Polacy.
Kamp jest doświadczonym politykiem współrządzącej Holandią liberalnej partii VVD, a ministerstwo pracy to nie pierwsza jego posada w rządzie. Skoro zabrał stanowczy głos w prowadzonej od wielu miesięcy gorącej dyskusji na temat Polaków rzekomo zalewających holenderski rynek pracy, to znaczy, że partyjna góra uznała, iż zaskarbi to głosy wyborców.
- Toczy się kampania wyborcza przed marcowymi wyborami lokalnymi. Polacy są pod obstrzałem - komentuje Małgorzata Bos-Karczewska, dziennikarka i Polka od wielu lat mieszkająca w Holandii, obecnie szefowa prężnie działającego portalu polonijnego Polonia.nl.
- Deklaracje polityczne to jedno, a rzeczywistość to drugie. Nie wiem, jak minister zamierza wcielić w życie to, o czym mówi - mówi "Gazecie" Janusz Wołosz, rzecznik ambasady RP w Hadze. Unijne przepisy zezwalają na wydalenie z kraju obywateli innych państw członkowskich UE tylko wówczas, jeśli stanowią oni zagrożenie dla zdrowia bądź bezpieczeństwa publicznego. - Bezdomni Polacy nie są żadnym zagrożeniem, podobnie jak ci, którzy stracili pracę - przekonuje Wołosz.
W praktyce, aby "zasłużyć" sobie na wydalenie z zakazem wjazdu do Holandii na kilka lat, trzeba przez trzy miesiące być co najmniej dziewięć razy notowanym przez policję za kradzież, pijaństwo czy włóczęgostwo. Z informacji "Gazety" wynika, że w ciągu roku Holandię opuszcza w ten sposób ledwie kilku Polaków. Jeśli chodzi o bezdomnych z Europy Środkowej i Wschodniej, to szacuje się, że jest ich nie więcej niż 400-500, przy czym większość stanowią Polacy.
Choć dzięki polskiej taniej sile roboczej w Holandii utrzymują się tysiące firm i całe sektory (np. ogrodnictwo), to w holenderskich mediach i polityce jest coraz głośniej o kłopotach z Polakami. W opinii przeciętnych Holendrów Polacy piją, źle parkują, imprezują nocami i nie mówią po niderlandzku, ale bez nich nie byłoby komu zrywać pomidorów, budować domów czy kopać cebulek tulipanów.
Największe kłopoty nasi rodacy sprawiają ponoć w dużych miastach takich jak Rotterdam, Utrecht, Amsterdam, Haga. Jesienią ub.r. jeden z radnych Hagi Marnix Norder użył ironicznie terminu "tsunami Polaków" w stosunku do 20-30 tys. naszych rodaków w tym mieście. Choć zaprotestowała przeciwko temu polska ambasada, termin przyjął się. Niedawno Paul Ulenbelt z Partii Socjalistycznej mówił o "tsunami Polaków" w leżącej w Brabancji gminie Zundert.
- Polskich bezdomnych nie jest dużo, ale zaczynają być postrzegani jako problem społeczny - mówi Bos-Karczewska. - No bo co zrobić z ludźmi, którzy nie mają prawa do zasiłków socjalnych [w Holandii cudzoziemcy nabywają je po trzech latach pracy], a zasiłek dla bezrobotnych dostają tylko przez trzy miesiące?.
Władze Hagi próbują przekonać bezdomnych z Polski, by wrócili do kraju, i są gotowe sfinansować ich podróż powrotną. Podobny program dla swoich bezdomnych Polaków szykuje Utrecht.