W środowych wyborach Partia Wolności Wildersa startowała tylko w dwóch miastach: w Almere i Hadze. W pierwszym wygrała, w stolicy była druga. - To, co się zdarzyło w Almere, może mieć miejsce w całym kraju - mówił Wilders. - Podbijemy kraj, będziemy największą partią w parlamencie.
W Holandii upadł niedawno rząd i za trzy miesiące Holendrzy idą znów do urn, by wybrać nowy parlament. Lokalny sukces populistów rozpatrywany jest więc jako przygrywka do wyborów w czerwcu. Holenderscy komentatorzy uspokajają, że Wilders mimo swych spodziewanych sukcesów w wyborach parlamentarnych nie obejmie władzy.
Jacek Pawlicki: Antyeuropejska partia Wildersa, która straszy Holendrów imigrantami i muzułmanami, nadspodziewanie dobrze przeszła test, jakim były wybory lokalne. Co pan na to?
Alfred Pijpers, holenderski politolog: Sukces Wildersa to wielkie wyzwanie dla partii rządzących i całego holenderskiego establishmentu. Nie sądzę jednak, aby było to zagrożenie dla naszego systemu politycznego czy dla pozycji Holandii w Europie. U nas zawsze rządzą koalicje, a żadna z partii głównego nurtu, czy to z lewa, czy z prawa, nie zdecyduje się na sojusz z partią Wildersa. Nie otoczono go wprawdzie oficjalnym kordonem sanitarnym, ale partie zwierają szeregi.
Nawet jeśli Partia Wolności zdobędzie 25-30 miejsc w izbie niższej, na co wskazują sondaże [do tej pory miała dziewięciu posłów], w sumie będzie to jedna szósta mandatów. A więc pozostanie w mniejszości, o ile oczywiście nikt nie zaprosi Wildersa do rządzenia. Populiści będą mogli przeszkadzać, zadawać niewygodne pytania, ale nie zyskają wielkiego wpływu na władzę.
Skoro nie ma kordonu sanitarnego, to może jednak Wilders wślizgnie się do rządu?
- Nie sądzę. Na razie partie głównego nurtu nie mówią Wildersowi "nie", bo nie chcą alienować jego wyborców. Prawica i lewica koncentrują się na podnoszeniu swych szans. Jak przyjdzie co do czego, nie zaryzykują stabilności holenderskiego systemu politycznego i nie wystawią na szwank polityki zagranicznej.
Co stanie się w Almere, gdzie wygrali kandydaci Wildersa?
- Zgodnie z tradycją Partia Wolności będzie próbowała zbudować tam koalicję, zapraszając pozostałe partie. Ja uważam, że negocjacje skończą się niepowodzeniem, bo inne partie zorientują się, że nie warto układać się z Wildersem.
Poza tym w Hadze panuje powszechne przekonanie, że za kilka lat jego partia zniknie, tak jak znikały poprzednie populistyczne ugrupowania, np. partia Pima Fortuyna [zamordowanego w 2002 roku]. Po tamtych doświadczeniach wiemy, jak sobie radzić z populistami.
Ale Wilders odcisnął już piętno na polityce. Politycy kupili jego język. Podobnie jak on mówią o zagrożeniu imigracją, są przeciwni napływowi taniej siły roboczej, także z Polski...
- Oczywiście część partii podchwyciła na zasadzie wyjmowania wisienek z tortu niektóre idee Wildersa dotyczące np. ograniczenia imigracji. To populiści wszczęli przecież holenderską debatę o zaostrzeniu zasad przyznawania azylu i ograniczeniu imigracji, także tej zarobkowej z krajów UE - Polski i Bułgarii. Dziś np. liberałowie mówią otwarcie, że chcą powstrzymać imigrację zarobkową do Holandii. Jeszcze dziesięć lat temu było to nie do pomyślenia.
Źródło: Gazeta Wyborcza