http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Castelnou czeka na młodych i rzutkich

Maciej Stasiński
2010-08-20, ostatnia aktualizacja 2010-08-20 15:46

Miasteczko Castelnou w hiszpańskiej Aragonii jest bogate jak nabab, ale wyludnia się i wymiera. Ogłosiło więc zaciąg nowych mieszkańców - najlepiej przedsiębiorczych, młodych i z dziećmi

ZOBACZ TAKŻE
 0,01MB
0,01MB
Wymieranie wsi i miasteczek na głębokiej prowincji, skąd młodzi uciekają do miast, a pozostają tylko sędziwi emeryci, jest bolączką wielu biednych regionów w Europie. Tymczasem Castelnou, miasteczko w prowincji Teruel w hiszpańskiej Aragonii, pustoszeje i starzeje się, mimo że jest czwartym w Hiszpanii miastem pod względem bogactwa na głowę mieszkańca.

W Castelnou żyje dziś zaledwie 150 osób, ponad dwie trzecie to siedemdziesięciolatkowie. Ale każdy z nich zarabia miesięcznie 7 tys. euro, bo miejscowość kwitnie dzięki produkcji i eksportowi energii elektrycznej. Mieści się w niej stacja przesyłowa sieci de Red Eléctrica de Espana, jest też elektrociepłownia gazowa oraz potężna elektrownia słoneczna.



Dzięki temu mieszkańcy nie płacą lokalnych podatków, dostają 30 euro miesięcznie na zapłacenie rachunków za światło, mają za darmo wywóz śmieci i darmową opiekę społeczną na wezwanie w domu. A także dziewięcioosobową taksówkę-ambulans, która na życzenie wozi mieszkańców do przychodni w sąsiednim mieście, bo do Castelnou lekarz przyjeżdża tylko raz na tydzień. Do domu sklepy dostarczają im za darmo zakupy, a restauracje posiłki. W końcu w Castelnou przez całą dobę dyżuruje dwóch robotniko-fachowco-urzędników do wszystkiego, którzy wożą mieszkańcom butle z gazem, drewno na opał, robią drobne naprawy i załatwiają sprawunki. Też za darmo.

Ale chociaż w Castelnou od dobrobytu się przelewa, to ludzi ubywa. Po miasteczku błąka się zaledwie siedmioro dzieci spragnionych towarzystwa rówieśników. To nawet za mało, żeby otworzyć szkołę.

Burmistrz José Miguel Esteruelas i rada miejska postanowili ratować miasto. Najpierw stworzyli stronę internetową reklamującą zalety życia w Castelnou i najlepsze produkty miasta: oliwki, wino, jagnięcinę i surową sezonowaną szynkę z Teruel. A potem zorganizowali casting na nowych mieszkańców.

Nie jest to jednak zaciąg zubożałych rencistów, którzy chcieliby dołączyć do kwitnących jak pączki w maśle miejscowych staruszków. Mieszkańców Castelnou interesują ludzie młodzi, przedsiębiorczy, z dziećmi albo planujący potomstwo. Co więcej, żeby wygrać konkurs, trzeba coś miastu zaproponować. W Castelnou nie ma pracy dla przybyszów, to oni muszą pracę ze sobą przywieźć. A także przedstawić plan, jakiej działalności chcą się tu podjąć, jaką firmę otworzyć, ile i w co zainwestować, jakie usługi świadczyć. Czyli udowodnić, że będą dla miasta inwestycją w przyszłość.

Na młodych i rzutkich czekają w Castelnou rozmaite zachęty. Dla pary z dziećmi ziemia pod budowę domu lub siedzibę firmy za darmo, dla bezdzietnych - za 30 proc. wartości. Ci, którzy nie chcą budować domu, mogą kupić gotowy. Za nowiutki i urządzony 180-metrowy dom trzeba zapłacić jedynie 105 tys. euro, czyli 420 tys. zł. Czekają też zwolnienia od różnych opłat miejskich i dotacje na urządzenie się na starcie. Rodziny z dziećmi dostaną od miasta opiekunkę do dzieci od zaraz i za darmo, a dziecko hojną dotację na szkolną wyprawkę.

- Nam trzeba nowych przedsiębiorstw i młodych ludzi. Tak upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu - opowiada na stronie internetowej burmistrz José Miguel.

I rzeczywiście. Oferty płynęły elektronicznie, ale także telefony w ratuszu się urywały, a poczta przywoziła nigdy wcześniej niewidziane liczby listów.

Skusiło się dotąd już 400 rodzin, czyli prawie trzy razy więcej, niż jest w miasteczku mieszkańców. Na stronie www.ellugardondesiemprepasancosas.net można się zgłaszać jeszcze do środy. Wtedy odbędzie się w Castelnou wielki festyn ludowy pod hasłem: "Dziecięca karawana". Miasto przygotowało 800 noclegów - od kwater agroturystycznych po namioty, wyszynk i wyżywienie na miejscową modłę, gry, zabawy i konkursy dla dzieci, które będą kuszone, by osiąść tu na stałe z rodzicami.

Kiedy festyn dobiegnie końca, burmistrz i radni przejrzą oferty biznesowe i przeprowadzą lustrację kandydatów. Zajrzą w zęby i wybiorą najlepszych i najlepiej rokujących. Ilu? Jeszcze nie wiadomo.

Wcześniej inne miejscowości prowincji Teruel, najsłabiej zaludnionej w całej Aragonii, próbowały przeprowadzić podobne akcje. Kilka - Miravete de la Sierra czy Aguaviva - z dobrym skutkiem. W Miravete hasłem kampanii było: "To miejsce, gdzie nigdy nic się nie dzieje".

Ale Castelnou zrobiło kampanię na największą jak dotąd skalę, a hasło miasteczka jest wręcz odwrotne: "To miejsce, gdzie coś dzieje się zawsze".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':