Barcelona nie pamięta takiej manifestacji od 1977 r., kiedy to dwa lata po śmierci dyktatora, generała Francisco Franco, Katalończycy zażądali w centrum miasta wolności, amnestii dla więźniów politycznych i autonomii regionu w ramach nowej, demokratycznej Hiszpanii. Po trzech dekadach okazało się, że autonomii im jeszcze mało.
Na czele pochodu szedł w sobotę premier autonomicznego rządu socjalista José Montilla, jego poprzednicy Jordi Pujol i Pascual Maragall, szef parlamentu i przywódcy wszystkich partii katalońskich: od socjalistów, postkomunistów, przez lewicowych nacjonalistów, po konserwatywnych narodowców, z wyjątkiem jednej, prawicowej Partii Ludowej. Przez czoło pochodu rozciągnięto olbrzymią flagę Katalonii, a po obu jej stronach wielkie hasło: "Jesteśmy narodem. To my decydujemy".
W czerwcu hiszpański trybunał konstytucyjny okroił uchwalony cztery lata temu statut o autonomii katalońskiej o kilkanaście artykułów sprzecznych z konstytucją Hiszpanii. Mimo, że znacznie poszerza on samorządowe swobody Katalończyków kosztem rządu centralnego w Madrycie, zwłaszcza w dziedzinie finansów, orzeczenie trybunału zostało w Katalonii przyjęte jako historyczna zniewaga.
Kamieniem obrazy jest orzeczenie, że choć Katalonia może się uważać za naród, nie ma to żadnego znaczenia prawnego i jest sprzeczne z artykułem konstytucji Hiszpanii, który określa Hiszpanię jako "jedyny i niepodzielny naród". Oznacza to, że Katalończykom hiszpańska konstytucja nie pozwala zabiegać legalnie o niepodległość. Trybunał odmówił też faworyzowania języka katalońskiego jako języka oficjalnego w Katalonii kosztem kastylijskiego, czyli hiszpańskiego, jak to przewidywał statut.
Manifestacja, do której wezwał rząd i wszystkie katalońskie partie - teoretycznie w obronie urażonej godności narodowej Katalończyków i nieokrojonej autonomii - od razu wymknęła się spod kontroli lokalnego rządu i wpadła w ręce zmobilizowanych zwolenników niepodległości. Ani jeden transparent w ogromnej ciżbie ludzi, którzy przez ponad dwie godziny krok za krokiem posuwali się alejami centrum katalońskiej stolicy, nie głosił obrony statutu ani nie zawierał choćby słowa "statut" lub "autonomia". Mnóstwo za to było haseł wrogich Hiszpanii i niepodległościowych. Nikt nie wznosił okrzyków w obronie autonomii, za to liczne były żądania oderwania Katalonii od Hiszpanii.
Trybunał Konstytucyjny to sąd frankistowski! Nasz wyrok to niepodległość! Niepodległość to konieczność! Co dzień kradną nam 60 milionów euro! Żegnaj, Hiszpanio! Catalonia: next state Europe! - takie hasła albo niesiono na transparentach i plakatach albo wykrzykiwano w trakcie marszu.
Sławny na Półwyspie Iberyjskim pieśniarz Lluis Llach, którego pieśń "l'Estaca", znana w Polsce jako "Mury" i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, była kiedyś hymnem wolności Katalończyków, był wściekły, jakby żył pod hiszpańską okupacją: - Mam powyżej uszu tego, że moja pieśń po 30 latach jest wciąż aktualna!
Gorączkowe podniecenie, z jakim od kilku dni wszyscy Hiszpanie oczekiwali niedzielnej
gry ich reprezentacji w piłce nożnej w finale mundialu w RPA z Holandią, w niczym nie mąciło rewolucyjnego ferworu katalońskich nacjonalistów. Mimo że o potędze hiszpańskiej reprezentacji stanowią gwiazdy uwielbianej w całej Katalonii Barcelony, jak Xavi, Iniesta czy Puyol, byłemu prezydentowi sławnego klubu Joanowi Laporcie nic nie przeszkadzało maszerować w manifestacji w szeregach skrajnie nacjonalistycznego stowarzyszenia Reagrupament.
Na próżno umiarkowani przywódcy polityczni - jak premier José Montilla czy jego poprzednik Jordi Pujol, który rządził autonomiczną Katalonią przez 25 lat - próbowali robić dobrą minę do złej gry. Wygłaszali do mediów uroczyste zapewnienia o swoim przywiązaniu do statutu i gotowości do dalszych rokowań z rządem w Madrycie. Ponadmilionowym tłumem zawładnął duch buntu. Nic dziwnego. Sam Montilla przez kilka dni wzywał do demonstracji w najostrzejszych słowach, odmawiając hiszpańskiemu trybunałowi prawa do wyrokowania o katalońskiej autonomii, a jego orzeczenie nazywając "prowokacją" i "obelgą" dla Katalończyków.
Demonstracja skończyła się przedwcześnie. Po niecałych dwóch godzinach rozwiązał ją sam premier Montilla. Pod koniec rozpaleni zwolennicy niepodległości obrzucali go wyzwiskami "zdrajca", a nawet próbowali zaatakować fizycznie. Od czoła manifestacji premiera wyprowadził w bezpieczne miejsce wianuszek ochroniarzy.