http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Haiti walczy o jedzenie

Bartosz T. Wieliński
2010-01-19, ostatnia aktualizacja 2010-01-18 19:18

Tydzień po tragicznym trzęsieniu ziemi Haiti jest nadal w totalnym chaosie. Coraz częściej zdarzają się grabieże i samosądy.

Według amerykańskich mediów fala przemocy rozpoczęła się w jednym z punktów wydawania żywności, zaimprowizowanym na dawnym polu golfowym. Ustawieni w niekończącej się kolejce ludzie nie wytrzymali długiego oczekiwania i zaczęli się bić o żywność.

W innej części miasta tłum rzucił się na wydających żywność Amerykanów. W kilku dzielnicach haitańskiej stolicy Port-au-Prince wybuchły regularne zamieszki. Tłum wygłodniałych mieszkańców szturmował ocalałe sklepy i wynosił z nich żywność.

Z wielu dzielnic od niedzieli dochodzą odgłosy strzelaniny. Wczoraj, gdy tłum mężczyzn ruszył plądrować okolice zniszczonego pałacu prezydenckiego, na jego drodze stanęli policjanci. Gdy nie wystarczył gaz łzawiący, w tłum wjechały policyjne ciężarówki. Ludzie w odwecie obrzucili policję kamieniami. W ruch poszły też maczety.

- To walka o przetrwanie. Ludzie tracą kontrolę nad sobą, są wygłodniali, spragnieni i wreszcie dochodzi do nich rozmiar tragedii - mówi Elisabeth Byrs, rzeczniczka biura ONZ koordynującego pomoc humanitarną.

Z rozbijanych sklepów kradnie się nie tylko jedzenie. Szczególnie cenna jest pasta do zębów - Haitańczycy smarują nią nosy, tak by nie czuć odoru rozkładających się ciał. Wyszabrowany rum młodzi ludzie piją na miejscu. - Dodaje nam odwagi - mówią dziennikarzom. Inny chodliwy towar to noże, brzytwy i maczety, które potem przydają się w walce o jedzenie.

Władze Haiti ogłosiły wczoraj stan wyjątkowy. Ale na to, że miejscowa policja przywróci spokój, nie ma co liczyć. Gdy tłum szabrowników plądrował ruiny luksusowych sklepów przy handlowej arterii Rue de Centre, policja nie interweniowała. - Jest nas zbyt mało, a ludzie są zbyt zdesperowani - przyznaje jeden z jej oficerów.

W niedzielę policjanci zabili jednego szabrownika. Za to tłum, według doniesień mediów, zlinczował w tym czasie co najmniej kilka osób. Jeden ze złapanych złodziei został spalony żywcem.

Ofiar samosądów może być więcej, bo z powodu zamieszek policja nie wpuszcza dziennikarzy do niektórych dzielnic Port-au-Prince. - Ludzie strzelają tam do wszystkiego, co się rusza - przestrzegał dziennikarzy jeden z policjantów przy wjeździe do Laville, dzielnicy w centrum miasta. Z powodu zamieszek ewakuowano wczoraj personel z dwóch szpitali polowych. Lekarzy i pielęgniarki muszą ochraniać żołnierze ONZ.

To kolejny dowód na to, że haitańskie państwo przestało działać. Po trzęsieniu ziemi budynki rządowe legły w gruzach. Rząd i prezydent Rene Preval przenieśli się na posterunek policji przy lotnisku.

Ich działalność ogranicza się jednak do codziennej narady o 7 rano. Potem prezydent rozmawia z zagranicznymi politykami i udziela wywiadów. Więcej zrobić nie może. Pod gruzami zginęły setki urzędników (amerykańscy wojskowi twierdzą, że liczba śmiertelnych ofiar trzęsienia ziemi może przekroczyć 200 tys.), zniszczona została też infrastruktura (np. linie telefoniczne) potrzebna do kontrolowania kraju.

Bezsilność władz doprowadza ludzi do furii. Słychać nawet głosy, że do władzy powinien wrócić były prezydent Jean Bertrand Aristide, którego obalono w 2004 r. Aristide, u schyłku rządów oskarżany o potworną korupcję, handel narkotykami i nasyłanie na przeciwników szwadronów śmierci, przebywa obecnie na wygnaniu w RPA. - Polecę na Haiti ratować mój lud - oświadczył w piątek.

Do Port-au-Prince przybył za to wczoraj sekretarz generalny ONZ Ban Ki-Moon. - To jak po tsunami - mówił, oglądając zniszczenia. Dodał, że będzie domagał się od Rady Bezpieczeństwa wzmocnienia 10-tys. kontyngentu "niebieskich hełmów" o kolejne 3,5 tys. ludzi. - My tu nie potrzebujemy żołnierzy, tylko żywności i dachu nad głową - wykrzykiwał w kierunku Bana młody Haitańczyk.

Transporty z żywnością, wodą i lekami przylatują na wyspę z całego świata, ale lotnisko w Port-au-Prince ciągle nie jest w stanie przyjąć wszystkich samolotów i zarządzający nim amerykańscy wojskowi część maszyn odsyłają do sąsiedniej Dominikany. Europejczycy coraz głośniej skarżą się, że Amerykanie zielone światło dają tylko maszynom wiozącym żołnierzy (do tej pory USA przysłało ich 10 tys.) i wywożącym amerykańskich obywateli.

Koczujący pod lotniskiem zagraniczni turyści są bliscy buntu, bo Amerykanie ewakuują z wyspy tylko swoich. Pod presją wojskowi wczoraj zgodzili się dać priorytet samolotom z pomocą humanitarną. Wczoraj na północ od Port-au-Prince swą bazę założyli komandosi ze sławnej 82. dywizji powietrznodesantowej. Ich głównym zadaniem będzie dostarczanie pomocy humanitarnej.

Do zniszczonego portu w stolicy wyspy wpłynął specjalny statek ratowniczy, którego dźwigi mają oczyścić portowe baseny. Jeśli to się uda, pomoc dla mieszkańców miasta będzie można dostarczać też drogą morską.

Mimo chaosu 1,5 tys. ratowników z całego świata (w tym 54 Polaków) przeszukuje gruzy. Po tygodniu od katastrofy szanse na odkopanie żywych ludzi są coraz mniejsze. Na Haiti temperatura w dzień przekracza 30 stopni.

Unia Europejska ogłosiła wczoraj, że przeznaczy 420 mln euro na pomoc Haiti.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 9 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją