Gruzja, uważana przez Moskwę za wroga, od dawna marzy o zemście za upokarzającą klęskę, której doznała w wojnie latem 2008 r.
Rosja nie tylko w pięć dni rozgromiła budowane przy wsparciu Zachodu gruzińskie wojsko, ale oderwała od Gruzji dwie zbuntowane prowincje - Abchazję i Południową Osetię - i uznała ich niepodległość.
Okazja do odwetu nadarzyła się 21 maja, w Dzień Pamięci Ofiar Wojny Kaukaskiej z przełomu XVIII i XIX w., w wyniku której Rosja podbiła Kaukaz. Gruziński parlament jednogłośnie uznał za zbrodnię ludobójstwa zagładę i deportację Czerkiesów, którzy najbardziej ucierpieli w tej wojnie. "Rosja jest na Kaukazie okupantem" - orzekli gruzińscy posłowie, ku aplauzowi obecnych na sali przedstawicieli czerkieskiej diaspory.
Czerkieska diaspora na całym świecie 21 maja wspomina ofiary wojny kaukaskiej. Na skutek trwającej sto lat wojny zginęło i zostało wypędzonych z Kaukazu prawie dwa miliony ludzi. Czerkiesi, zamieszkujący wschodni Kaukaz i wybrzeża Morza Czarnego, zostali wybici do nogi albo wypędzeni z gór na Bliski Wschód lub w głąb Rosji. Dziś, spośród 7 mln Czerkiesów na całym świecie, na Kaukazie żyje ich niewiele ponad pół miliona. Pamięć o losie Czerkiesów długo powstrzymywała inne kaukaskie narody przed buntem wobec Kremla. Groźba fizycznej zagłady narodu była też jednym z głównych powodów przycichnięcia ostatniej z kaukaskich wojen - czeczeńskiej, w której od 1994 r. zginęło prawie ćwierć miliona ludzi.
Przywódcy czerkieskiej diaspory od lat domagają się, by Rosja uznała ich eksterminację i deportację za ludobójstwo. Najbliżej spełnienia żądań byli w 1994 r., gdy prezydent Borys Jelcyn uznał kaukaskie powstanie za sprawiedliwy sprzeciw wobec ekspansji rosyjskiego imperium. Nigdy później Moskwa nie odniosła się do żądań Czerkiesów z takim zrozumieniem. W 2005 r. rosyjska Duma odmówiła przeproszenia Czerkiesów za wyrządzone im krzywdy. Ich sprawą nie zajął się także
Parlament Europejski, do którego Czerkiesi zwrócili się prośbą w 2006 r. Sprawy zmieniły się wiosną 2010 r., gdy Czerkiesi ze swoimi krzywdami przyjechali do Tbilisi.
Gruzja, aspirująca do NATO i Unii Europejskiej, próbuje odgrywać na Kaukazie rolę alternatywy dla Rosji - przekonuje kaukaskie republiki z północnych, rosyjskich zboczy, że mają wybór i nie są skazane na ślepe posłuszeństwo Kremlowi. Podczas zeszłorocznej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ gruziński prezydent
Micheil Saakaszwili otwarcie głosił, że celem Gruzji jest "wolny, spokojny i zjednoczony" Kaukaz.
Uznając ludobójstwo Czerkiesów, Gruzini liczyli, że przypomną również czerkieskim kuzynom Abchazom o krzywdach, jakich doznali od Rosji. Tbilisi chciało też przypomnieć światu, że Soczi, którą Rosja i Międzynarodowy Komitet Olimpijski upatrzyli sobie na arenę zimowej olimpiady w 2014 r., było w połowie XIX w. ostatnią redutą Czerkiesów. - Chcecie urządzić igrzyska na grobach naszych przodków - powtarzają od lat przywódcy czerkieskiej diaspory, domagając się odwołania albo przeniesienia olimpiady, jeśli do tego czasu Rosja nie przeprosi Czerkiesów za zbrodnie.
Rosja zignorowała gruzińską rezolucję o uznaniu ludobójstwa Czerkiesów. Nie tylko ani myśli przenosić olimpiadę z Soczi, ale zamierza też włączyć do organizacji igrzysk zbuntowaną gruzińską prowincję Abchazję.
Gruzini nieświadomie sami mogą wpaść w zastawioną na Rosję pułapkę. Jeśli olimpiada nie zostanie z Soczi przeniesiona, to czeka ich trudna decyzja - o bojkocie igrzysk, by pozostać lojalnymi wobec Czerkiesów, albo o wysłaniu drużyny na zawody i tym samym narażeniu się na zarzuty o hipokryzję.
Gruzja uznała ludobójstwo Czerkiesów, ale do dziś nie uznaje ludobójstwa Ormian z 1915 r., gdyż nie chce narażać na szwank swoich dobrych relacji z Turcją.
* Ok. 10 tys. osób uczestniczyło w sobotnich antyrządowych demonstracjach i zamieszkach w Tbilisi i Batumi. Skłócona gruzińska opozycja domaga się dymisji prezydenta Saakaszwilego, któremu zarzuca dyktatorskie zapędy. Druga i ostatnia kadencja prezydenta, rządzącego od 2003 r., upływa w 2013. Cieszący się w Gruzji wielkim poparciem Saakaszwili zamierza jednak rządzić dalej jako premier, wzorem swojego znienawidzonego wroga z Moskwy Władimira Putina.