Był jedynym z przywódców poradzieckich republik, który nie został zaproszony do Moskwy na uroczystą paradę wojskową z okazji 65. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą. Zamiast Saakaszwilego na placu Czerwonym zjawili się Nino Burdżanadze i Zurab Nogaideli, przywódcy gruzińskiej opozycji.
Przed defiladą na Pokłonnej Górze pod Moskwą Burdżanadze wraz z rosyjskim premierem Władimirem Putinem położyła kamień węgielny pod repliką pomnika bohaterów II wojny światowej z gruzińskiego Kutaisi, który w zeszłym roku na rozkaz Saakaszwilego został zburzony. Pod nieobecność gruzińskiego prezydenta rosyjscy politycy znów wymyślali mu od wandali, szaleńców i zbrodniarzy.
Dysydenci to tanie dziwki Ze wszystkich przywódców, jacy w ciągu ostatnich 20 lat pojawiali się w byłych republikach radzieckich, żaden nie wywoływał na Kremlu takiej wrogości i odrazy jak Saakaszwili.
Uliczna rewolucja róż, która jesienią 2003 r. wywindowała go do władzy, była pierwszą z wielu, które przy wsparciu Zachodu, głównie
USA, miały odebrać Rosji strefę wpływów na obszarze jej byłego imperium. W dodatku ostentacyjna przyjaźń z Ameryką, a także wyniosłość, z jaką Saakaszwili odnosił się do Moskwy, od początku jego rządów zaskarbiły mu na Kremlu zaprzysięgłych wrogów. Zwieńczeniem gruzińsko-rosyjskich kłótni była pięciodniowa wojna o Osetię Południową z sierpnia 2008 r., w której Gruzini ponieśli upokarzającą klęskę, rosyjskie czołgi podeszły prawie pod bramy Tbilisi, a przywódcy z Kremla okrzyknęli Saakaszwilego wojennym zbrodniarzem z powodu cywilnych ofiar spowodowanych ostrzałem stolicy Osetii Cchinwali. I poprzysięgli, że dopóki Saakaszwili będzie rządził w Gruzji,
Rosja nie chce mieć z nią nic do czynienia.
Niechcący Rosjanie wyświadczyli Saakaszwilemu bezcenną przysługę. Po wojennej klęsce, za którą wielu rodaków obarczało go winą, ocalił władzę, ogłaszając, że każdy, kto występuje przeciwko niemu, jest w zmowie z Rosją i występuje przeciwko Gruzji.
Tak skrępowani polityczni rywale długo nie ośmielili się zaatakować Saakaszwilego. Odważyli się wiosną zeszłego roku, gdy wyprowadzili zwolenników na ulice, by zmusić prezydenta do ustąpienia. Ale po stu dniach wieców, strajków i blokad próba powtórki "kolorowej rewolucji" zakończyła się żenującą porażką opozycji.
Wierzący w swoją szczęśliwą gwiazdę Saakaszwili zaniepokoił się nie na żarty dopiero pod koniec 2009 r., gdy przywódcy gruzińskiej opozycji zaczęli pielgrzymować do Rosji na zaproszenie gospodarzy Kremla. Jako pierwszy wybrał się tam Nogaideli, były premier Saakaszwilego (ustąpił w 2007 r.). Zaraz po nim pojechała Burdżanadze, która jesienią 2003 r. wraz z Saakaszwilim przewodziła rewolucji róż.
W Tbilisi przedstawiciele władz, a także większość przywódców opozycji okrzyknęli Nogaidelego i Burdżanadze zdrajcami, bo jako pierwsi wyłamali się z frontu odmowy jakichkolwiek kontaktów z Kremlem, dopóki rosyjskie wojska nie wycofają się z odebranych Gruzinom Abchazji i Osetii Południowej.
- Na Kremlu zaczęły się przesłuchania do roli nowego prezydenta Gruzji - ogłosił Petre Ciskaridze, przywódca parlamentarnej większości. Saakaszwili, znany z wybuchowego charakteru, nazwał dysydentów "tanimi dziwkami".
Burdżanadze i Nogaideli odpowiadali spokojnie, że bez współpracy z Rosją
Gruzja nie jest w stanie normalnie funkcjonować, a w sytuacji, gdy prezydent jest w Moskwie bojkotowany, "ktoś musi zatroszczyć się o gruzińskie sprawy na Kremlu".
- Przez Saakaszwilego znaleźliśmy się w międzynarodowej izolacji, a z Rosją trzeba rozmawiać tak, jak rozmawia z nią Zachód - tłumaczyła Burdżanadze, dodając, że poza Moskwą odwiedziła też Brukselę i Waszyngton.
Kto następnym prezydentem W marcu br. kierowana przez byłego szefa kancelarii Saakaszwilego
telewizja Imedi nadała fikcyjny reportaż o przywódcach gruzińskiej opozycji, którzy wzywają na pomoc rosyjskie wojska, mordują prezydenta i dokonują zamachu stanu. Gruzini wzięli nadany w porze wieczornych wiadomości film za prawdę - taka była zresztą intencja autorów - i w kraju wybuchła panika.
- Saakaszwili nigdy nie wie, kiedy przestać. Jest jak dziecko, które mając na własność górę cukierków, napycha się nimi, aż się pochoruje - stwierdziła opozycjonistka i była minister dyplomacji Salome Zurabiszwili. Jej zdaniem, atakując politycznych przeciwników, Saakaszwili sam ich wzmacnia.
Wściekły atak prezydenta na opozycję wywołały nie tyle kolejne
podróże dysydentów do Moskwy, ile fakt, że odbywały się one w przeddzień wyznaczonych na 30 maja wyborów samorządowych - pierwszych od wojny z 2008 r. i będących sprawdzianem popularności Saakaszwilego.
W dodatku w kwietniu wspierana przez Kreml uliczna rewolucja w Biszkeku obaliła prezydenta Kirgistanu Kurmanbeka Bakijewa, też wyniesionego do władzy przez rewolucję tulipanów w 2005 r. Saakaszwili zaczął coraz mocniej podejrzewać, że i jego polityczni wrogowie mogą szykować spisek.
Najważniejszą stawką samorządowych wyborów jest posada burmistrza Tbilisi. W stolicy mieszka jedna trzecia wszystkich wyborców i polityk, który wywalczy władzę w mieście, w 2013 r. może zostać następnym prezydentem kraju.
Saakaszwili, który nie może ubiegać się o trzecią kadencję, też był burmistrzem Tbilisi. Teraz namaścił na to stanowisko obecnego burmistrza Gigiego Uguławę. Jego najpoważniejszym rywalem będzie jeden z przywódców opozycji Irakli Ałasania, były ambasador przy ONZ, o którym w Gruzji od lat mówi się jako o przyszłej głowie państwa.
Ałasania uchodzi za uosobienie rozsądku, dobrych manier i znakomitej prezencji. Nie wdaje się w wywoływane przez Saakaszwilego awantury i toczone wulgarnym językiem kłótnie. A im bardziej unika sporów, tym większa jest wściekłość znanego z wybuchowego charakteru Saakaszwilego.
- Wybór burmistrza polega nie na tym, by wybrać tego ładniejszego, tego, który ma wydatniejsze usteczka i mówi: Popatrzcie no tylko, jaki jestem piękny - mówił prezydent pod koniec kwietnia w telewizyjnym przemówieniu. - Gdyby w wyborach chodziło o piękne usteczka, to na burmistrza moglibyśmy sobie wybrać [aktorkę] Nankę Kałatoziszwili.
I na tę zaczepkę Ałasania nie zwrócił uwagi. Naśladując za to prezydenta USA Baracka Obamę, obiecuje zmianę stylu uprawiania polityki. O powadze, z jaką obóz Saakaszwilego traktuje rywala, świadczy to, że uchodzący za faworyta wyborów w stolicy korpulentny Uguława poddał się uciążliwej kuracji odchudzającej. By jeszcze bardziej przekonać do siebie rodaków, rąbał mięso z rzeźnikami, piekł chleb z piekarzami, pakował klientom lekarstwa w aptekach, nalewał paliwo na stacjach benzynowych.
Tbilisi jak Biszkek? Saakaszwili podejrzewa, że Rosja może wykorzystać wybory burmistrza Tbilisi do odebrania mu władzy. Jeśli wygra Uguława, skłócona i słaba opozycja może nie uznać wyniku wyborów, wyprowadzić ludzi na ulice i wywołać zamieszki takie jak w kirgiskim Biszkeku. Na początku maja w Tbilisi kilka razy dochodziło już do ulicznych starć między policją i zwolennikami opozycji, którzy domagali się uwolnienia kilkudziesięciu więźniów politycznych.
W dodatku Saakaszwili po wojnie o Osetię Południową zraził do siebie i tak ostrożną wobec niego Europę Zachodnią, a odkąd prezydenta George'a Busha zastąpił Obama, Gruzja przestała też być ulubienicą Ameryki.
Rosja nie ukrywa, że poprze każdego, kto wystąpi przeciwko Saakaszwilemu, ale przekonuje Gruzinów, że wrogo odnosi się jedynie do ich prezydenta. Przed Bożym Narodzeniem Moskwa zgodziła się na kilka dni przywrócić zerwane po wojnie z 2008 r. połączenia lotnicze z Tbilisi. Loty wznowiono też czasowo przed tegorocznymi świętami wielkanocnymi.
O ile jednak wiosenne sondaże świadczą, że wymęczeni rosyjską blokadą Gruzini pragnęliby wznowienia współpracy gospodarczej z potężnym sąsiadem, to ponad połowa z nich wciąż nie wierzy w dobre intencje Kremla wobec ich kraju.