55-letni Bidzina Iwaniszwili, który według "Forbesa" należy do dwustu najbogatszych ludzi świata z majątkiem szacowanym na ponad 5 mld dol. (połowa
budżetu Gruzji), był szanowany w Tbilisi jako inwestor, filantrop i mecenas sztuki, nauki, turystyki i Cerkwi. Był stawiany za wzór tego, jak z wioskowego biedaka z Imeretii można dojść do milionów.
Iwaniszwili dorobił się w Rosji, dokąd jego
rodzice wyjechali w latach 80. Zdobył majątek w burzliwych latach 90., gdy w b. ZSRR trwała szemrana
prywatyzacja. Iwaniszwili wzbogacił się na sieci aptek i na nieruchomościach, a w końcu na własnym banku Rosyjski Kredyt, który zaczął prosperować m.in. dzięki pieniądzom przeznaczanym przez Kreml na odbudowę Czeczenii.
Iwaniszwili trzymał się z dala od polityki. W jednym z nielicznych wywiadów z 2005 r. oznajmił, że nie jest powiązany z żadną opcją polityczną i popiera rządu prezydenta Saakaszwilego, ale też nie sprzeciwia się mu. Saakaszwili doszedł do władzy w Tbilisi jesienią 2003 r. w wyniku ulicznej rewolucji i obalenia Eduarda Szewardnadzego. Rok później do Gruzji zjechał na stałe Iwaniszwili.
Pobudował sobie pałace w Tbilisi i rodzinnej wiosce Czorwila, gdzie ściany obwiesił obrazami Picassa, a w rodzinnej Imeretii zaczął budować drogi, szpitale i szkoły. W uznaniu zasług Saakaszwili nadał mu gruzińskie obywatelstwo, choć prawo zabrania Gruzinom posiadania paszportów innych krajów. A oprócz paszportu gruzińskiego Iwaniszwili ma też francuski.
Nikomu to nie przeszkadzało do końca października, gdy niespodziewanie Iwaniszwili zarzucił Saakaszwilemu zapędy dyktatorskie. Co więcej, zapowiedział, że zamierza się zająć polityką, a z niewielkich i beznadziejnie skłóconych partyjek opozycyjnych utworzy jedną własną. I wygra z nią przyszłoroczne wybory do parlamentu, a następnie odbierze 43-letniemu Saakaszwilemu rządy.
Druga i ostatnia prezydencka kadencja Saakaszwilego kończy się w 2013 r. Aby przedłużyć panowanie, prezydent przeprowadził w zeszłym roku poprawki konstytucyjne przemieniające Gruzję z republiki prezydenckiej w parlamentarną. Jeśli w maju 2012 r. jego partia Zjednoczony Ruch Narodowy wygra wybory, to po złożeniu prezydentury Saakaszwili będzie mógł rządzić dalej jako premier.
Nagłe zainteresowanie polityką Iwaniszwili objaśnił krótko: - Nie mogę patrzeć, jak kraj stacza się w przepaść. Nie rozwodził się też zanadto nad tym, co zrobi, gdy przejmie władzę. Chce poskromić omnipotencję urzędników Saakaszwilego, a także rozbić monopol ekipy rządzącej w mediach.
Myśli też o kupieniu stacji telewizyjnej, radiowej czy gazety i gotów jest trzykrotnie przebić cenę rynkową. Chodzi mu oczywiście o uniezależnienie przejętego medium od władzy i rozpowszechnianie w nim swojego programu i poglądów. A po mniej więcej po roku (gdy stworzy własną korporację medialną) za symbolicznego dolara odsprzeda je pierwotnym właścicielom.
W polityce zagranicznej chce znaleźć
złoty środek między Ameryką i Rosją, tak by "przyjaźń z Gruzją była dla obu korzyścią, a nie przyczyną do sporów". Nie zamierza uznać secesji zbuntowanych gruzińskich prowincji Abchazji i Osetii Południowej, których irredentę od początku lat 90. wspierała
Rosja, a po zwycięskiej z Gruzją wojnie w 2008 r. uznała ich niepodległość. Iwaniszwili potępia "niesłychaną agresję", z jaką Rosja zaatakowała Gruzję, ale za wojnę wini też Saakaszwilego, którego polityka doprowadziła do konfliktu.
Iwaniszwilego nie przeraża, że Władimir Putin zostanie znów prezydentem Rosji. Raczej cieszy, bo - jak sądzi - Putin rozprawi się korupcją, zdemokratyzuje Rosję i będzie zabiegał o przyjaźń z Zachodem.
Jak zapewnia Iwaniszwili, potrzebuje dwóch, najwyżej trzech lat na spełnienie obietnic i planów, a potem znów wycofa się z polityki.
Niemal nazajutrz po tym wystąpieniu rząd odebrał mu obywatelstwo, powołując się na to, że ma on też paszporty rosyjski i francuski. Był to polityczny wyrok śmierci, bo zgodnie z prawem tylko obywatele Gruzji mogą finansować partie.
Nasłana przez rząd inspekcja oskarżyła Iwaniszwilego o pranie brudnych pieniędzy, skonfiskowała ponad 3 mln dol. z gruzińskiej filii jego banku. A panujący w parlamencie posłowie partii Saakaszwilego ogłosili milionera zdrajcą i sługusem Rosji. - Za putinowskie ruble nie da się kupić Gruzji - rzucił poseł narodowców Pawle Kubłaszwili.
Iwaniszwili przyznał, że ma francuski paszport, ale jeszcze rok temu nie przeszkadzało to Saakaszwilemu przedłużyć mu paszport gruziński. Zapowiedział, że w sprawie obywatelstwa odwoła się do sądu.
Na zarzut o wysługiwanie się Rosji oświadczył, że nie zamierza udowadniać, że nie jest wielbłądem, a paszportów rosyjskiego i francuskiego zrzeknie się i wyprzeda majątek w Rosji, byle tylko móc zając się w Gruzji polityką.
- Póki Saakaszwili potrzebował Iwaniszwilego i jego pieniędzy, stawiano go Gruzinom za przykład - przyznaje gruziński politolog Giorgi Chuchaszwili. - Ale kiedy wystąpił przeciwko władzy, zaraz został rosyjskim oligarchą.
Już raz gruziński milioner także mający interesy w Rosji próbował odebrać władzę Saakaszwilemu. Jesienią 2007 r. przeciwko prezydentowi wystąpił Badri Patarkaciszwili. Został oskarżony o zdradę i wysługiwanie się Rosji, odebrano mu stację telewizyjną, a w wyborach prezydenckich w styczniu 2008 r. zajął trzecie miejsce z 7 proc. głosów. Miesiąc później zmarł w Wielkiej Brytanii.
Zdaniem znawcy Kaukazu Vladimira Socora Iwaniszwili przypomina arabskich szejków czy oligarchów z b. ZSRR przekonanych, że za pieniądze można kupić wszystko. - Oligarchiczne pojmowanie polityki stanowi śmiertelne zagrożenie dla demokracji i instytucji państwa - mówi Socor, który nie kryje sympatii do Saakaszwilego. - Wygrana Iwaniszwilego oznaczałaby bowiem, że państwo można kupić wraz z obywatelami. Dowodziłaby też fiaska polityki Saakaszwilego, który głosi, że chce zaprowadzić w Gruzji trwałą i sprawną demokrację.