Grecja od kilku miesięcy nie schodzi z pierwszych stron raportów gospodarczych analityków. Agencje ratingowe obniżają jej oceny wiarygodności, a ekonomiści coraz bardziej obawiają się o niewypłacalność kraju. Grecki rząd musi coraz więcej płacić za obsługę zadłużenia. Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny oraz kraje członkowskie strefy euro coraz mocniej naciskają na Ateny, by przeprowadziły drastyczne reformy finansów publicznych. Jak Grecy nawarzyli sobie tego piwa?
Leszek Baj: Grecki dług publiczny w zeszłym roku przekroczył 110 proc. PKB, odsetki od płaconych pożyczek kosztują budżet miliardy euro rocznie. Jak to możliwe, że greckie władze dopuściły do tak ogromnego zadłużenia?
Loukas Tsoukalis: Musimy się cofnąć w czasie o 30 lat. Grecja wtedy miała bardzo zdrowe finanse publiczne. Sytuacja wymknęła się spod kontroli w pierwszej połowie lat 80. W rezultacie w każdej z ostatnich dekad mieliśmy jeden kryzys budżetowy. Pierwszy w latach 1986/87, drugi w latach 1993/94 , trzeci mamy teraz. Greccy politycy, tak jak w wielu innych krajach, mają kłopoty z kontrolowaniem wydatków publicznych.
W tym samym czasie Grecja ma wielki problem z unikaniem płacenia podatków. Grecka gospodarka opiera się na usługach, głównie w małych firmach, które o wiele trudniej jest kontrolować niż duże zakłady przemysłowe.
Szacunki mówią, że szara strefa przekracza w Grecji 30 proc. PKB. [w Polsce według różnych szacunków 13-30 proc. PKB]. To ogromna część gospodarki.
Jak doszło do obecnego kryzysu w Grecji?
- Poprzedni rząd nie bardzo przejmował się utrzymującym się wysokim deficytem budżetowym. W ciągu ostatnich pięciu lat sięgał on 3-4 proc. PKB, i to w momencie, gdy grecka gospodarka rozwijała się w tempie około 4 proc. rocznie. Władze zupełnie nie przewidywały, co się stanie, jeśli dojdzie do recesji. Wtedy uderzył kryzys światowy, na dodatek coraz bliżej były wybory. Poprzedni rząd kompletnie stracił kontrolę nad finansami publicznymi. Rezultat to deficyt budżetowy na poziomie 12,7 proc. PKB w zeszłym roku.
Rynkami finansowymi wstrząsnęła wiadomość, że szacowany deficyt z 6 proc. PKB we wrześniu wzrósł nagle po wyborach w październiku do ponad 12 proc. PKB...
- Bo poprzedni rząd próbował manipulować statystykami. Próbował w ten sposób zataić rzeczywistość.
Greckie statystyki już od dłuższego czasu były kontrowersyjne. Ostatnio zrugały je Komisja Europejska oraz Eurostat. Europejskie biuro statystyczne przy statystykach dotyczących wzrostu PKB Grecji w latach 2004-08 podaje, że są to dane prowizoryczne.
Greckie biuro statystyczne do tej pory było zależne od ministerstwa finansów. To brzmi nieprawdopodobnie, ale to prawda. Jednym z pierwszych postanowień nowego rządu było ustanowienie biura statystycznego zupełnie niezależnego od rządu. To konieczne, by zwrócić wiarygodność greckich danych statystycznych i całej greckiej gospodarki.
Statystyki to jedna sprawa. Drugą są cięcia budżetowe i ograniczanie długu publicznego.
- Rząd przyjął program konsolidacji finansów publicznych, który przewiduje cięcie deficytu o 10 pkt proc. w ciągu trzech lat. To naprawdę dużo.
Czy to wykonalne?
- Program jest ambitny i dość radykalny. Największy znak zapytania stoi nad jego wprowadzeniem w życie. Ale rząd jest pod ścianą. Musi być zdeterminowany do wprowadzenia w życie programu, bo inwestorzy nie dają mu już żadnego wyboru.
Program opiera się na trzech elementach: zwiększeniu ściągalności podatków, cięciach w wydatkach, także w pensjach urzędników. Trzecim elementem są selektywne podwyżki podatków szczególnie wśród najbogatszych.
Pojawiają się jednak schody. Już teraz protestują rolnicy, domagając się rządowych dopłat, blokują drogi. Jeśli rząd nie ugnie się, pokaże innym, że tym razem nie będzie tak łatwo sięgnąć po publiczną kasę. Strajk zapowiedzieli nawet poborcy podatkowi, czyli ci ludzie, którzy mieli zadbać o większą ściągalność podatków.
Wydaje się jednak, że problemy wreszcie zaczyna rozumieć greckie społeczeństwo - tak przynajmniej pokazują badania opinii publicznej.