Do swojej nielegalnej działalności dorobili ideologię - walczą o darmowy transport publiczny, bo opłaty za przejazd najbardziej biją po kieszeni najbiedniejszych, dojeżdżających z daleka, których nie stać na mieszkanie w centrum.
Zjawisko opisał
dziennik "Le Parisien". Jak twierdzi, w mieście działa około dziesięciu nieformalnych kas ubezpieczeniowych. Nie są duże. Zakładają je studenci z tego samego uniwersytetu, mieszkańcy jednej dzielnicy. - Byliśmy grupą przyjaciół, z których większość już jeździła na gapę. Są wśród nas studenci Erasmusa [europejska wymiana studentów], paryżanie i ludzie z prowincji - opowiada gazecie 22-letni Frédéric, który w zeszłym roku założył taką kasę.
Gapowicze wpłacają do wspólnej kasy po 5-7 euro miesięcznie. To niewiele, zważywszy, że miesięczny bilet kosztuje 56,60 euro, a jeśli korzysta się z kolei podmiejskiej - nawet ponad 120.
Członkowie kasy przeskakują przez bramki do metra lub wpychają się za osobą przechodzącą z biletem. Wiedzą, jak unikać kontroli. - Są ze dwie stacje, które absolutnie trzeba omijać. Staramy się zawsze mieć przy sobie jakiś bilet, a jeśli już zostaniemy złapani, płacimy bezpośrednio kontrolerowi, bo wtedy jest taniej. Kto uważa, prawie nigdy nie wpada - tłumaczy Frédéric. - W razie wpadki mandat płacony jest ze wspólnej kasy.
System działa także dlatego, że kontrole w paryskim metrze nie są częste, a mandaty niezbyt wygórowane (50 euro, jeśli zapłaci się od razu). Za nie zapłacenie dziesięciu mandatów w ciągu roku można co prawda dostać karę 7,5 tys. euro, ale w praktyce łatwo tego uniknąć. Choć metro ma niemal tysiąc kontrolerów, to jednak niewiele wobec 300 stacji i 3,9 mln pasażerów dziennie.
Założyciele kas podkreślają, że chodzi nie tylko o zaoszczędzenie pieniędzy, lecz także o walkę ideologiczną. Mają już nawet strony internetowe i gazetkę przekazywaną z rąk do rąk. Piszą w niej: "Dlaczego nie płacimy za transport zbiorowy? Bo uważamy, że - tak jak
szkoła i opieka zdrowotna - powinien być dostępny dla każdego, czyli darmowy".
Na razie na darmowe bilety mogą liczyć tylko ci, którzy zarabiają ustawowe minimum.
Władze metra i związek zawodowy pracowników transportu odmówiły "Le Parisien" komentarza, dodając jedynie, że zjawisko jest "marginalne".