Al-Azhar reprezentuje umiarkowany nurt islamu i dotychczas angażował się w większość rozmów katolicko-muzułmańskich. Spór z Watykanem wybuchł po zamachu na egipskich Koptów w Aleksandrii, gdzie w Nowy Rok nad ranem zginęło 21 chrześcijan, a ponad 70 zostało rannych.
- To kolejny naglący sygnał dla rządów w tym regionie, by podjęły działania na rzecz ochrony mniejszości religijnych - powiedział po zamachu
papież Benedykt XVI. Watykan wezwał też społeczność międzynarodową, by pamiętała o losie chrześcijan na Bliskim Wschodzie.
Te kilka słów Benedykta XVI wywołało - ku zaskoczeniu Kościoła - oburzenie w Egipcie. Odebrano je tam jako apel o zagraniczną ingerencję w wewnętrzne sprawy Egiptu oraz "próbę wmówienia światu", że terroryzm to wyraz muzułmańskiej agresji religijnej.
"Zawieszenie naszych stosunków z Watykanem zostało sprowokowane przez Benedykta XVI, który systematycznie powtarza, że muzułmanie prześladują niemuzułmanów na Bliskim Wchodzie" - ogłosił przedwczoraj
uniwersytet Al-Azhar. Od lat broni on poglądu, że terroryzm m.in. Al-Kaidy (zdaniem Kairu to ta grupa mogła inspirować zamach na Koptów) nie może być wiązany z islamem, a muzułmańscy mieszkańcy Bliskiego Wschodu są podobnie jak wyznawcy innych religii narażeni na ataki ekstremistów.
Paradoksalnie, zarówno Watykan, jak i uczeni z Al-Azhar są przeciwni teoriom o nieuchronnym "starciu cywilizacji", czyli walce między światami islamu oraz chrześcijaństwa. Jednak egipskim interpretacjom - wydaje się niewinnych - apeli Benedykta XVI sprzyja pamięć o papieskim wykładzie z Ratyzbony w 2006 r., gdzie mało taktownie przywoływał średniowieczne cytaty o nieodłącznym związku między islamem i przemocą.
- Protesty przeciwko Benedyktowi XVI mają chyba jakieś źródło w wewnątrzegipskich grach politycznych - tłumaczy watykanista Marco Politi. Obrona przed krytyką Zachodu może być dla władz Egiptu propagandowym sposobem pokazania siły i determinacji w obronie interesów obywateli.
Apel Benedykta XVI do światowych przywódców w sprawie chrześcijan istotnie uderzył w czuły polityczny nerw, bo świeckie władze Egiptu nie tylko odwołały swego ambasadora przy Stolicy Apostolskiej na długie konsultacje w Kairze, ale też przygotowały - zatwierdzony w ostatnią środę - apel szefów dyplomacji Ligi Państw Arabskich o niewykorzystywanie sprawy chrześcijan jako pretekstu do mieszania się obcych potęg w politykę krajów arabskich.
Władze Egiptu przekonują, że troszczą się o Koptów (stanowią ok. 10 proc. Egipcjan) jak o resztę obywateli, lecz organizacje zajmujące się prawami człowieka potwierdzają, że egipscy chrześcijanie bywają traktowani jak obywatele drugiej kategorii.
Owszem, w niektórych innych krajach islamu na Bliskim Wschodzie i w Azji bywa nieporównanie gorzej - z Iraku po obaleniu Saddama Husajna uciekło blisko milion chrześcijan, a kiedy Benedykt XVI wezwał niedawno do uchylenia - groźnej dla mniejszości religijnych - kary śmierci za bluźnierstwo w Pakistanie (za podobne apele zginął niedawno w zamachu gubernator Pendżabu Salman Taseer), odpowiedziały mu antypapieskie demonstracje radykałów Karaczi i Lahore.
Konflikt z nadzwyczaj wpływowym uniwersytetem Al-Azhar przypada w fatalnym dla Benedykta XVI momencie, bo Watykan już teraz przygotowuje się do jesiennego spotkania międzyreligijnego w Asyżu, które ma upamiętnić 25. rocznicę modlitw o pokój na zaproszenie
Jana Pawła II.
Kard. Joseph Ratzinger, który był wówczas szefem Kongregacji Nauki Wiary, nie pojechał na spotkanie w Asyżu w 1986 r., bo bał się - jak tłumaczył po latach - że zrodzi ono ryzyko błędnych interpretacji, że dla chrześcijan modlitwy wszystkich religii stały się równe (był tam w 2002 r., kiedy nieco zmodyfikowano formułę spotkania). Teraz, kiedy sam zaprasza przywódców innych religii do Asyżu, co świadczy o pewnej ewolucji jego poglądów, może nie zobaczyć tam nikogo z Kairu.